89. Ona sama mi dała.
Nie mogłem powiedzieć, że zrobiłem jej jakąś krzywdę. Przecież sama chciała. Sama tu przyszła. Sama mi się oddała. Przecież do niczego jej nie zmuszałem. Ja tylko wziąłem to, co ona sama mi dała.
Młody chłopak był całkowicie i zielony. Być może, jakąś małą częścią siebie uświadamiał sobie fakt, że coś jest nie okej. Tak czy inaczej, napięcie powoli malało. Stres ustępował miejsca poczuciu spełnienia. To było przede wszystkim poczucie zaspokojenia fizycznego.
Czułem się tak całkowicie i doskonale wypompowany. W jądrach miałem dziwną siłę, która ciągnęła je w stronę moich stóp. To było tak, jakby jakaś garść ścisnęła mnie za jaja i mocno targała w drugą stronę. Na dodatek, to słodkie uczucie spełnienia na końcu penisa było wręcz nie do opisania.
Uczucie lęku, czy wręcz przerażenia, ustępowało miejsca totalnemu i głębokiemu zaspokojeniu: fizycznemu, ale też i duchowemu. Temu poczuciu głębokiej bliskości, miłości nawet, jedności z nią.
O tak, tak było. Można śmiało powiedzieć, że czułem się z nią zjednoczony. Była tak blisko, pachniała tak słodko, wszystko wydawało się takie urocze i cudowne. Była tak gorąca, jej skóra tak wilgotna, drżąca jak osikowy listek. Co najważniejsze, miałem to, wręcz nieodparte, poczucie, że jest moja i tylko moja. Była teraz tylko w moim posiadaniu.
Czułem, jak mój kutas powoli zaczyna opadać i się kurczyć. Ze sztywnego twardego drąga, oplecionego siatką fioletowych żył, stopniowo robił się z niego, pozbawiony powietrza i energii, flak. Wciąż był jednak duży: miękki, ale duży. Nie chciałem z niej wychodzić. Pomimo tego, co się stało, nie chciałem z niej wychodzić. Pomimo tej paniki, która przecież była we mnie, która nakazywała, by natychmiast umyć cipeczkę ciepłą wodą, chociaż nie wiem, czy coś by to dało, nie chciałem z niej wychodzić.
Wiedziałem jednak. Doskonale to wiedziałem, wiedziałem jak nigdy wcześniej, że będę musiał to zrobić, że będę musiał z niej i wyjść. Zresztą, niezależnie od tego, czy zrobiłbym to z własnej woli, czy też nie, mój jebaka i tak opadał coraz bardziej. Co prawda, pulsował jeszcze, jego łeb próbował unosić się do góry, ale, mimo wszystko brakowało mu już energii. Potrzebował odpoczynku, tak samo, jak cały mój organizm. Wiedziałem, że w końcu opadnie na tyle, że sam z niej się wyślizgnie.
Czułem się taki zboczony, zepsuty do szpiku kości. Tak, jakby nie pozostało we mnie nic dobrego. Chociaż, żeby uściślić, zupełnie nie tak czuł się ten młody chłopak. Tak czuło się moje dorosłe ja, to dojrzałe ja, ja pięćdziesięciolatka. To ono czuło się takie zepsute. Jednocześnie, w tym poczuciu totalnego zgorszenia, poczuciu zepsucia i niechęci do siebie, doświadczyłam coraz większego, przenikającego moje ciało i duszę niesamowitego pragnienia przeżywania tego jeszcze więcej. Tak jakby nigdy nie miało mieć to końca.
Dziwne, prawda? Chcieć doświadczać poczucia winy? Chcieć czuć się zgorszonym na samego siebie, mieć to poczucie winy, że wykorzystało się biedną, niewinną duszyczkę.
Dylematy wciąż były i wciąż narastały. Chociaż, z drugiej strony, przez głowę przebiegła myśl: czy, aby rzeczywiście, tak było? Czy rzeczywiście tak bardzo ją wykorzystałem? Czy ona sama tego nie chciała?
Odpowiedź była prosta: nie, absolutnie nie. Nie mogłem tego powiedzieć. Nie mogłem powiedzieć, że zrobiłem jej jakąś krzywdę. Przecież sama chciała. Sama tu przyszła. Sama mi się oddała. Przecież do niczego jej nie zmuszałem. Ja tylko wziąłem to, co ona sama mi dała.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz