Szukaj na tym blogu

17 czerwca 2020

Projekt: "Przyszłość".


104. Tak jakby tańczyła.

Oparła się. Pochyliła się do przodu i oparła o moją klatkę piersiową. Wykonywała ruchy samymi pośladkami: płynnie, łagodnie, tak jakby tańczyła.


Było mi niesamowicie dobrze, bosko, cudownie. Byłem gotowy do ostatecznego spełnienia. Cały czas obserwowałem mojego kutasa. Dziurka na jego końcu otwierała się i zamykała. Cała jego powierzchnia była już mokra od jej śliny. Widziałem, że prosił o jeszcze, prosił o więcej. Był gotowy do kolejnego orgazmu, do zakończenia tej cudownej wspaniałej gry potężnym wytryskiem. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób może się to zakończyć, nie wiedziałem, w którym momencie dojdę, w którym momencie i gdzie strzelę. Nic nie wiedziałem. Byłem gotowy na wszystko. Chciałem, po prostu odlecieć, w kosmos. Wszystko inne miało już drugorzędne znaczenie. 
Ona, ona już teraz przygotowywała się do tego, by wejść na mnie całym swoim ciężarem. Jeszcze tylko zdążyłem chwycić ją za dłoń i wsunąć między jej rozchylone uda. Po chwili  zanurzyła paluszki w swojej, drobnej cipeczce. 
Zsunęła się z łóżka. Jedną nogę postawiła na podłodze, drugą, natomiast oparła na materacu. Włożyłem palce jej słodką, wilgotną i gorącą cipeczkę. Majstrowałem jak mechanik na podwoziu ukochanego auta. Starałem się nie omijać napęczniałej, lśniącej łechtaczki. Jej podniecenie sięgało zenitu. Wzdychała tylko głośno. Odgłosy rozkoszy były coraz bardziej donośne, gorętsze i coraz bardziej słodkie. 
Nie próżnowała. Już po chwili siedziała na mnie. Była jak nimfa, jak amazonka. Dosiadała  mnie zgrabnie, tak cudownie, z szeroko rozchylonymi udami. Podpierała się tylko na moich biodrach, masowała palcami swoją antenę, swojego ślimaczka. Cały czas rytmicznie unosiła się i opuszczała, unosiła się i opuszczała… Bez najmniejszego problemu mogłem dostrzec, jak jej twarz wykrzywia się słodkim grymasie rozkoszy. Co jakiś czas odchylała głowę do tyłu. 
Znów dyszała, jęczała. Widziałem, jak zaciska swoją wilgotną cipeczkę, jak porusza swoimi biodrami w lewo i wprawo. Jeszcze później zaczęła robić nimi kółeczka. To było oszałamiające, wręcz obłędne. Traciłem przez nią zmysły. 
To było szalone. Nie minęła minuta, a ona znów unosiła się i opadała. Wciąż, jak przystało na uroczą dziewczynkę, uśmiechała się. Ten uśmiech był taki rozbrajający, taki rozkoszny i niewinny. 
-Chcesz tego, chcesz tego, co?! Podoba ci się, co?! O, tak, widzę, że chcesz tego. No, co, chcesz tego, ogierze ty mój?! - powtarzała w kółko. 
Zaraz później znów zaciskała swoją cipkę. Do góry i do dołu, do góry i do dołu… opuszczała ją i podnosiła, opuszczała i podnosiła, wykonywała kółeczka, raz w lewo, raz w prawo, to znów masowała swoją łechtaczkę, znów się uśmiechała, tak słodko, tak gorąco, a ja tylko prosiłem o jeszcze, prosiłem o więcej. Traciłem przez nią zmysły, byłem już na krańcu wszechświata. Nie przerywała, poruszała się dynamicznie, było tak gorąco, coraz goręcej. Mimo to wszystko odbywało się w miarę powoli i spokojnie. Widać było, że nigdzie się nie spieszy. No cóż, ja wiedziałem, że to jest najwspanialszy, najbardziej cudowny seks w moim życiu. 
Oparła się. Pochyliła się do przodu i oparła o moją klatkę piersiową. Wykonywała ruchy samymi pośladkami: płynnie, łagodnie, tak jakby tańczyła. Opuszczała i podnosiła się, opuszczała i podnosiła… Wchodziłem w nią do samego końca. To ona sama regulowała intensywność, szybkość i głębokość posunięć. Tak chciała. Nie mogłem je w tym przeszkodzić. Byłem ciekawy co stanie się za chwilę. Ona sama chciała właśnie robić to w ten sposób. 
Gładziła moją klatkę piersiową swoimi delikatnymi dłońmi, poruszała się na mnie niczym syrena, niczym ryba, taki zwinny węgorz. Wyginała całe swoje ciało, unosiła i opuszczała, nadziewała się na mnie. Wchodziłem w nią do samego końca. Miałem nieodparte poczucie, że za chwilę stracę świadomość. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...