95. Tracąc przytomność
Jeszcze raz skierowała swoją dłoń w stronę własnego brzuszka i jeszcze raz zanurzyła ją w tym gęstym, lepkim nasieniu. Następnie zbliżyła to do swoich ust. Znów spróbowała, zlizała swoim języczkiem, a ja zadrżałem, prawie tracąc przytomność.
Boże! Nie wiem, jak to się stało. Po prostu strzeliłem. Nie, to niemożliwe! Nie chciałem! Nie chciałem! Stop, stop! Chciałem to zatrzymać, zahamować, nie chciałem się spuścić.
“Tylko nie na twarz! Nie na jej twarz, bo się obudzi! Tylko nie na twarz!” - panikowałem gorączkowo.
Nie powiem, w jakiś sposób, udało mi się zahamować niekorzystną sytuację. Ściskając chuja, zatrzymałem gwałtowny wypływ spermy, ale, w zamian, spadła dużymi, gęstymi, obfitymi kroplami na jej brzuch. Nie wiem, czy to było lepsze. Chlap, chlap, chlap, spłynęła w dołek jej pępka.
“No to się spaskudziło! Chłopie, co ty robisz?! Przestań. To takie zboczone, zepsute! Och przestań!”
Nie miałem szans wygrać tej wojny z samym sobą. Przesunąłem się nieco wyżej. Chlap, chlap, - nasienie spadło na jej cycuszki.
“No, pięknie, kurwa, pięknie! Obudzi się. Zaraz. Zaraz się obudzi. Niemożliwe przecież”, - myślałem.
Nie wiem, jak to się działo. Nie, nie obudziła się, spała dalej, słodka i gorąca.
“Och Boże, Boże! Co się ze mną dzieje?! Co ja najlepszego wyczynia?!”
Chlap, chlap, chlap, - sperma spadała na jej brzuch. Drżałem, drżałem coraz bardziej, nie mogłem zebrać się w sobie. Nie mogłem zapanować nad swoim pożądaniem. Wszystko działo się tak szybko.
Nagle, ku mojemu największemu przerażeniu, zorientowałem się, że ona na mnie patrzy. Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami. W jej źrenicach było pytanie: “Co ty robisz?”
Dopiero po chwili zorientowałem się, że ona nie, miała pojęcia, co się stało. Może domyślała się, ale nie była tego pewna. Zobaczyła mnie, klęczącego nad nią, gołego jak mnie pan Bóg stworzył, trzymającego w dłoni wielkiego kutasa, z którego jeszcze kapała sperma. Dopiero teraz, idąc swoim wzrokiem za śladem tych wielkich kropel, spojrzała na swój brzuch.
Teraz nastąpiła chwila małej konsternacji. Później wyciągnęła swoją dłoń, skierowała stronę dużej, gęstej, białej, aromatycznej kałuży na samym środku. Zanurzyła tam swoje paluszki. Bez jakiegokolwiek skrępowania, tak zupełnie naturalnie. Jeszcze [później skierowała je w stronę swoich oczu, patrzyła. Następnie zbliżyła do nosa, powąchała, wysunęła języczek, zlizała trochę, niewiele, odrobinkę. Połknęła, w końcu. Spojrzawszy na mnie, uśmiechnęła się słodko i odezwała się cicho:
-Spuściłeś się na mnie, ogierze. Prawda?
-Hyk… e-e-eee… hyk… nooo… - westchnąłem, drżąc jak osikowy listek.
Tak naprawdę, nie wiedziałem, co mam w tej chwili jej powiedzieć. Byłem kompletnie i całkowicie zmieszany. Co miałem na swoje usprawiedliwienie? Czy, w ogóle, należało się usprawiedliwiać.
-Wiesz… ja… no… eeee…
Uniosła się wyżej. Jeszcze raz skierowała swoją dłoń w stronę własnego brzuszka i jeszcze raz zanurzyła ją w tym gęstym, lepkim nasieniu. Następnie zbliżyła to do swoich ust. Znów spróbowała, zlizała swoim języczkiem, a ja zadrżałem, prawie tracąc przytomność. Widząc to, nie mogłem się opanować.
-Spuściłeś się na mnie, - powiedziała już nieco bardziej pewna siebie.
Znów się uśmiechnęła.
-Słuchaj... no… eeee… ja przepraszam, bo nie… wiesz… nooo… - jąkałem się.
Patrzyła na mnie.
-Och, jakie to… słodkie, - odezwała się.
Myślałem, że wybuchnę. Miałem wrażenie, że za chwilę stracę przytomność.
“Boże, Boże, co się ze mną dzieje?!”
Ta chwila, ten moment, to wszystko zaczęło mnie przerastać. Nie mogłem się opanować. To było ponad moje siły. Koniec. Byłem zbyt wyczerpany, by zrobić cokolwiek więcej.
-Spuściłeś się na mnie, - powtórzyła tak, jakby miało to jeszcze jakieś znaczenie.
-No wiesz, no… hhhh…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz