Szukaj na tym blogu

2 sierpnia 2020

Projekt: "Przyszłość".

150. Na własną rękę.

Starałem się zaciskać mięśnie swojego podbrzusza, poruszać biodrami do przodu i do tyłu, aby, w ten sposób, niejako na własną rękę, doprowadzić się do wytrysku. No cóż, natura potrafi jednak płatać figle. Może to był przypadek, albo jej celowe działanie. Wszystko to sprawiło, że do niczego nie doszło. 


To było obłędne. Nie wiem, jak to nazwać. Takie dziwne było wszystko to, co z nią robiłem. Jednocześnie odbierałem to jako takie bardzo, bardzo moje. Zwariowałem na jej punkcie. Tak bardzo chciałem to kontynuować nie tylko teraz, ale jutro i kolejnego dnia. Przecież doskonale zdawałem sobie sprawę, że w tym świecie, w tych warunkach, w tych okolicznościach jest to mało prawdopodobne. Więc może dlatego chciałem wykorzystać wszystko, co się działo maksymalnie mocno, tak mocno, jak tylko się da, tak mocno, żeby później niczego nie żałować, żeby nie mówić, że mogłem coś zrobić, a nie zrobiłem, że mogłem więcej zyskać, a nie zyskałem. Chciałem spełnić się do końca, tak bardzo, jak tylko to jest możliwe. 
No cóż, nie dane było mi jeszcze cieszyć się finałową sceną w tym teatrze miłości. Nie wiem, jak to się stało. Nigdy nie potrafiłem określić dokładnie momentu, w którym następowały przejścia pomiędzy jedną a drugą pozycją, pomiędzy jednym, a drugim zdarzeniem. Albo miałem zbyt słabą podzielność uwagi, albo byłem zbyt pogrążony we własnej rozkoszy, by zwracać uwagę na takie detale. Dobrze, że wszystko toczyło się tak, jak chciałem. 
Znów minęło kilka minut, może nawet mniej. Pewności mieć nie mogę, nie w tym wypadku. Staliśmy obok siebie, w tej wannie, ona przede mną, ja za nią. Wyszedłem z niej całkowicie. Nie wiem jak do tego doszło. Nie byłem już w jej ciasnej cipeczce. Za którymś razem, po prostu, się z niej wysunąłem. Nie dała mi szansy, aby w nią wejść ponownie. Dlaczego? Nie mam pojęcia. 
Pamiętam tylko, że trzymała mnie za tego mokrego, oblepionego w jej nektarze, kutasa. Stojąc tak, odwrócona do mnie plecami i delikatnie skręciła swoją szyję. Starała się obserwować swoją dłoń. Jej palce, pewnym, zachłannym ruchem, zaciskały się na moim korzeniu, odbierając mi resztki człowieczeństwa, resztki mojej męskiej dumy. Byłem w stanie błagać kilka posuwisto-zwrotnych ruchów, o kilka, może kilkanaście sekund, które dzieliły mnie od mojej, gigantycznej, wystrzałowej rozkoszy. 
Stała przede mną, ściskała mnie za chuja, a ja zacząłem się śmiać jak szalony, jak głupek. Nie wiem. po co był ten śmiech. Nie wiem, co miał wyrażać. Chyba kompletną i całkowitą bezradność. Nie wiem. 
“Kurwa, kurwa, kurwa…” - powtarzałem w duchu. 
Starałem się zaciskać mięśnie swojego podbrzusza, poruszać biodrami do przodu i do tyłu, aby, w ten sposób, niejako na własną rękę, doprowadzić się do wytrysku. No cóż, natura potrafi jednak płatać figle. Może to był przypadek, albo jej celowe działanie. Wszystko to sprawiło, że do niczego nie doszło. Byłem bardzo blisko, właściwie, na granicy. Dyszałem już z rozkoszy, a orgazm nie przychodził. To było ponad moje siły. Miałem wrażenie, że jeśli kiedyś się to wszystko skończy, wyjdę z tej wanny na czworakach. O ile, w ogóle, będę w stanie z niej wyjść. Miałem wrażenie, że, po prostu, będą zbierać mnie szufelką z podłogi. Kurwa, ale tak było dobrze! 
W zasadzie niczego nie żałowałem. Chociaż, nie wszystko toczyło się dokładnie tak, jakbym tego chciał, satysfakcja była trudna do opisania. No, sorry, nie byłem w stanie znieść tej zabawy choćby  minuty dłużej. Miałem wrażenie, że za chwilę wybuchnę. Musiałem, po prostu, musiałem przejąć inicjatywę. Inaczej zwariowałbym przez to wszystko. Zwariowałbym przez tę rozkosz, której nie mogłem osiągnąć do końca, przez ten brak całkowitego spełnienia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...