250. Będzie wyjaśniała skomplikowane zadania.
Wziąłem z sobą zeszyt, podręcznik do matematyki, dobrze piszący długopis i dodatkowy notatnik. Nie miałem co do tej wizyty żadnych wyobrażeń poza tym, że będziemy siedzieć przy stoliku, a ona będzie, w sposób niemalże magiczny, wyjaśniała mi skomplikowane zadania z przedmiotu, którego uczy.
Klasa podzielona była na dwie części: na tych, co rozumieli wszystko, albo większość i na tych, co nie rozumieli nic. Jeżeli ktoś był na bieżąco, to sobie jakoś radził. Gorzej jeśli miałeś zaległości pozostałe jeszcze z podstawówki. Wtedy mogłeś liczyć tylko na pomoc kolegów poza lekcjami.
Tym razem wszystko wskazywało na to, że stanie się coś, czego do tej pory nie było. Kiedy pozostali wyszli z pomieszczenia i zostaliśmy tylko we dwójkę, spojrzała na mnie, uśmiechnęła się ciepło i zapytała:
-Co robisz dzisiaj wieczorem?
Przyznam szczerze, że tym pytaniem całkowicie zbiła mnie z tropu. Zbliżała się do czterdziestki. Nie była pięknością, ale wyglądała całkiem w porządku. Dość wysoka, w miarę szczupła, o poprawnie wyrzeźbionej sylwetce. Mogłaby podobać się wielu facetom, gdyby nie te piegi. Cała jej buzia usiana była w cętkach i przypominała umaszczenie pantery. Tak samo wyglądała szyja i dekolt. Tak naprawdę ja sam nigdy nie miałem specjalnych uwag co do jej wyglądu. Mnie dojrzałemu mężczyźnie będącemu już po pięćdziesiątce i niemającemu już wygórowanych wymagań, wydawała się dość atrakcyjna.
-Eee… no nic, - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
-W takim razie świetnie. Zapraszam cię do siebie o dwudziestej na korepetycje, - powiedziała cichym, spokojnym, miękkim głosem.
W jednej chwili w mojej głowie pojawiło się więcej pytań, niż gotowych odpowiedzi. Dlaczego akurat ona? Dlaczego o tej porze i dlaczego u niej? Nie słyszałem, żeby komukolwiek udzielała korepetycji. Jej zachowanie było cokolwiek dziwne. Tak czy inaczej, nie miałem innego wyjścia jak tylko przyjąć propozycję. W innym wypadku nie dowiedziałbym się niczego więcej. Poza tym ktoś z poziomem mojej wiedzy nie mógł sobie pozwolić na rezygnację z takiej okazji. Mogło to bowiem oznaczać, że z tego przedmiotu przynajmniej jeden raz nie będę musiał poprawiać się na półrocze.
Wziąłem z sobą zeszyt, podręcznik do matematyki, dobrze piszący długopis i dodatkowy notatnik. Nie miałem co do tej wizyty żadnych wyobrażeń poza tym, że będziemy siedzieć przy stoliku, a ona będzie, w sposób niemalże magiczny, wyjaśniała mi skomplikowane zadania z przedmiotu, którego uczy. Pierwsze minuty wskazywały na to, że wszystko pójdzie tak, jak to sobie wymyśliłem. Spytała, czy napiję się herbaty. Pokiwałem głową. Wskazała fotel obok niskiej ławy i poprosiła, żebym usiadł.
Kiedy na chwilę zniknęła w kuchni, miałem okazję pobieżnie rozejrzeć się po mieszkaniu. Nic szczególnego. Zwykłe m-2 w domku nauczycielskim. Choć, to trzeba było przyznać, dość schludnie i estetycznie urządzone. Choć w swoim dojrzałym życiu widziałem już wiele większych i bogatszych lokali, nawet apartamenty, to na tamte czasy posiadanie własnego kąta w takim domku nie było byle czym. Dla wielu nauczycieli było to wyznacznikiem prestiżu i nagrodą za ciężką, sumienną pracę.
Najnormalniej w świecie była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Świadczył o tym fakt, że wróciła już po dwóch minutach. Postawiła dużą filiżankę naprzeciwko mnie. Tuż obok znalazł się talerzyk z plasterkami świeżej cytryny i cukiernica. Nie poprzestała jednak na tym. Zniknęła jeszcze raz i pojawiła się z półmiskiem pełnym jakichś słodkości. Nie dowierzałem własnym oczom. To nie mogła być prawda. Przede mną znajdowały się rzeczy, które w tamtym okresie można było kupić jedynie w Peweksie.
“Korepetycje? Tak z niczego? I jeszcze taki poczęstunek? Jak to możliwe? Takie rzeczy nie dzieją się bez przyczyny”, - pomyślałem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz