249. Piegowata żona pana Ryszarda.
Tym razem pani Ela, piegowata żona pana Ryszarda, kierownika internatu, poprosiła mnie, abym został na chwilę po lekcji. Oczywiście zrobiłem, jak chciała. Trochę się niepokoiłem, nie wiedząc, czego może ode mnie żądać.
Trzymając mnie za kutasa i ściągając napletek do samego końca, celowała wprost w swoje szeroko otwarte usta. Poszło! Zawór został otwarty. Popłynęło ze mnie jak z hydrantu. Sperma natychmiast wypełniła jej buzię, zalała całą twarz i piersi. Nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać. Jeszcze nigdy nie miała na sobie tyle nasienia.
Po całej tej akcji kierownik siadł na krześle, położył dłonie na stoliku i patrząc na nas dobrotliwie, powiedział:
-No kochani, dziękuję za super zabawę. To było dla mnie naprawdę niesamowite doświadczenie. Hmm… no cóż, teraz już jestem w stu procentach przekonany, że nadajecie się do tej roboty.
Staliśmy przez nim jak przed wysoką komisją. Obydwoje nadzy, ona cała w spermie, ja ze sterczącym kutasem, a on się na nas gapił. Nikomu nic nie przeszkadzało i wszystko zdawało się być w jak najlepszym porządku. Czy tak miało wyglądać nasze przyszłe życie?
***
Minęły dwa spokojne dni, podczas których nic specjalnego się nie wydarzyło. No chyba poza tym, że miałem dużo lepszy nastrój niż w ubiegłym tygodniu. Po tym co stało się ostatnio, moje ego poszybowało wysoko w górę i tam już pozostało. Perspektywa zostania aktorem porno z jednej strony mnie uspokajała i napełniała pozytywną energią, z drugiej zaś wywoływała przyjemny niepokój i ekscytację. Szczególnie że stało się to tak szybko, w momencie kiedy jeszcze nawet nie podjąłem swojej pierwszej pracy.
Oczywiście w tym momencie wypowiadam się bardziej w imieniu mojego młodszego ja, niż siebie z dalekiej przyszłości. Tak naprawdę coraz mniej było mnie i jego osobno, a coraz więcej czegoś, co można nazwać mieszaniną nas obydwu. Rodziła się nowa, niezależna osobowość, która przejęła najlepsze cechy każdego z nas. Siła duchowa, mądrość życiowa i doświadczenie połączyły się z niezwykłą witalnością, energią i spontanicznością. Mogły wyniknąć z tego wielkie rzeczy, ale też i ogromne kłopoty. Wszystko zależało od tego, jak zostaną rozegrane następujące po sobie zdarzenia.
***
W środę pierwszą lekcją była matematyka. Z tego przedmiotu byłem cholernie słaby. Z roku na roku ledwo udawało mi się wyciągać na trójkę. Dwa tygodnie wcześniej zaczęliśmy szczególnie trudny dział. Już podczas pierwszych czterdziestu pięciu minut zrozumiałem, że nie ma najmniejszych szans, aby bez dodatkowych korepetycji cokolwiek zrozumieć. Sprawdzian, który właśnie się odbył, miał podobny scenariusz co kilka wcześniejszych. Oddałem praktycznie czystą kartkę. Nawet się nie denerwowałem. Wiedziałem, że teraz czeka mnie mozolna praca polegająca na łażeniu do koleżanek i proszeniu by, mimo wszystko, spróbowały wcisnąć coś do mojego tępego łba. Nie zawsze chciały, nie zawsze miały czas, a ja robiłem wszystko, by wyciągnąć się na trzy z dwoma. Byłem na tyle zawzięty i uparty, że zawsze jakoś się udawało.
Tym razem pani Ela, piegowata żona pana Ryszarda, kierownika internatu, poprosiła mnie, abym został na chwilę po lekcji. Oczywiście zrobiłem, jak chciała. Trochę się niepokoiłem, nie wiedząc, czego może ode mnie żądać.
Nigdy tak się nie zachowywała. Zawsze była oschła i skąpa w wypowiedziach, szczególnie do tych słabszych uczniów. Zwykle brała do tablicy najlepszego i prosiła o rozwiązywanie poszczególnych zadań.
Oczywiście stojący tyłem do klasy uczeń niczego nie tłumaczył. Najnormalniej w świecie sam próbował poprawnie rozwiązać równie. Pani Ela z nosem w dzienniku, co jakiś czas tylko raczyła podnieść wzrok, czy wszystko idzie tak, jak powinno.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz