46. Ciepło jej skóry.
Pod palcami poczułem ciepło jej skóry. Miała nieziemsko miękkie, cudowne ciało. Po sekundzie szybko cofnąłem dłoń, zmusiłem się, by spojrzeć w podłogę i jeszcze raz głęboko zaczerpnąć powietrza.
Wpatrywałem się w zielone pasy i nie mogłem uwierzyć, że to naturalna barwa jej skóry.
-Kim jesteś? - spytałem jak automat.
Patrzyła mi w oczy.
-Neme, - powiedziała tak cicho, że ledwie usłyszałem.
Niemal czułem. Jak przenika mnie na wskroś.
-Słucham? - powiedziałem, usilnie próbując wyrwać się z letargu.
-Neme z Parapolis, - powtórzyła nieco głośniej.
Na ustach też miała barwnik, zielone kropki, wyglądały jak pozostałości niedawno wypitego napoju.
-Neme? To twoje imię?
Nawet na sekundę nie oderwała wzroku od mojej twarzy. Ja także nie miałem ochoty patrzeć gdzie indziej jak tylko na nią.
-Neme z Parapolis, - powiedziała, jakby nie rozumiała, co do niej mówię.
Tymczasem to ja nie miałem pojęcia, co ona ma na myśli.
-Para... co?
Dopiero teraz się uśmiechnęła.
-Mieszkam tu.
-Aha! - mruknąłem.
W tym samym momencie poczułem, jakby dzieląca nas nieufność nagle gdzieś się ulotniła.
-Nareszcie jesteś, Krito, - zaczęła ciepłym głosem.
Zaskoczyła mnie.
-Słucham?!
Byłem przekonany, że wzięła mnie za kogoś innego, ale ona nie była ani zmieszana, ani niepewna.
-Wszystkie przepowiednie o tobie mówią, Krito. Jesteś taki piękny, - westchnęła z zachwytem.
Dopiero teraz spostrzegłem, że cała jej, twarz usiana jest drobniutkimi, nieco ciemniejszymi piegami. Głęboko zaczerpnąłem powietrza i powoli odsunąłem głowę. Była tak blisko a mnie było tak ciężko to zrobić. Chciałem jednak przyjrzeć się jej włosom. Długa, smolista jak u Lary, grzywka zasłaniała jej brwi. Z tyłu były jaśniejsze, rudawe, jakby utlenione. Urzekały mnie też, opadające kaskadami ze wszystkich stron głowy, kosmyki.
-Nie jesteś mutantem, - stwierdziłem, patrząc w jej bardzo ludzkie oczy.
Spojrzała zdziwiona.
-Mutantem? Co to takiego.
-Nic. Już nic, - machnąłem ręką.
-Jakieś zwierzę? - dopytywała.
-Coś w tym rodzaju, - rzuciłem, czując, że dokładniejsze tłumaczenie nie ma sensu.
Stopniowo przyzwyczajałem się do widoku tej niesamowitej, cudownej twarzy. Zwiększanie dystansu dzielącego mnie od niej przychodziło z coraz większą łatwością. Dostrzegałem kolejne szczegóły jej nietypowego wyglądu.
Na szyi miała połyskującą, skórzaną obrożę i pomyślałem, że to niewolnica. Odsunąłem się jeszcze bardziej i dopiero teraz dostrzegłem, że poza tą ozdobą, była naga. Stała bokiem i tylko jej głowa była zwrócona w moją stronę.
Przyjrzałem się jeszcze dokładniej. Okazało się, że obroża była dość szerokim kołnierzem, do którego od przodu przymocowano metalową sprzączkę, a do niej kółko i poziomy pasek, opinający drobne ciało tuż nad piersiami.
Zerknąłem na jej niezwykle delikatne ramię i od razu zapragnąłem go dotknąć. Wrażenie było tak silne, że moja ręka sama przesunęła się w jego stronę.
-Krito De Go San, - powiedziała cicho i z namaszczeniem.
Pod palcami poczułem ciepło jej skóry. Miała nieziemsko miękkie, cudowne ciało. Po sekundzie szybko cofnąłem dłoń, zmusiłem się, by spojrzeć w podłogę i jeszcze raz głęboko zaczerpnąć powietrza.
-Cholera jasna! - burknąłem, by przerwać ten paraliżujący stan.
Wciąż nie mogłem uwierzyć, że to, czego doświadczam dzieje się naprawdę.
Odwróciła się w drugą stronę i zaplotła ręce na brzuchu, tuż pod niewielkimi, spiczastymi cycuszkami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz