2. Mała bezradna myszka.
Dysząc podwinął jej bluzeczkę ponad piersi. Jak mała bezradna myszka popiskiwała cichutko. Wciąż próbowała się bronić. Czuła jednak, że nie starcza jej sił: fizycznych i psychicznych. Pogrążała się więc w coraz większej bezradności.
-Mówiłem, że będzie ci się podobać, widzisz… - powiedział próbując uchwycić jej spojrzenie.
Położyła swoje malutkie rączki na jego, nieco zgrabiałych, dłoniach i próbowała je odciągnąć. Robiła to jednak zbyt słabo, zbyt nieporadnie, by mogło skutkować konkretnym efektem.
-Widzisz, tak, tak… - wyrzucał z siebie, jakby nagle zaczęło mu się spieszyć.
Nerwowo rozpinał guziki białego sweterka, krok po kroku wdzierał się pod jej ubranie. Położyła rączkę nieco wyżej broniąc do siebie dostępu. Dyszał. W końcu jeden po drugim rozpiął niewielkie guziczki i rozsunął połówki swetra na boki odsłaniając białą bluzeczkę na wąskich ramiączkach i odsuwając jej dłonie. Jego oddech stawał się coraz cięższy.
Powoli zsunął wdzianko z jej ramion. Pozwoliła mu.
-Och, och Saro! - wyrzucał z siebie jej imię.
Ujął jej piersi z dwóch stron i ściskał z zapamiętaniem. Przechyliła głowę na jeden bok, jakby nie chciała tego oglądać. Znowu zaczęła się niemrawo bronić, ale on chwycił ją w nadgarstkach i odsunął jej dłonie. Teraz, jednym, pewnym ruchem pociągnął dekolt bluzeczki do dołu. Elastyczna dzianina bez najmniejszego oporu ustąpiła. Jego, zgięte w haczyk, palce szarpnęły za delikatny koronkowy staniczek także zmuszając go do zmiany swojej pozycji.
Miała duże, baloniaste cycki. Były bardzo podniecające. Odkrywał coraz większą ich część.
-Och Saro, Saro, - szepnął.
-Yech, yech, yech… - wzdychała żałośnie.
Czarne kosmyki włosów spadły na jej piękną, młodą buzię. Dobierał się do niej coraz zapalczywiej nie zważając na nieznaczny opór. Odsłonił ciemne koła brodawek i sztywne, sterczące sutki. Pochylił się, by chwycić je ustami.
Znowu jego twarz wylądowała na jej ciele. Nurzał się, szarpał zębami materiał, pocierał nosem, wzdychał. Był jak opętany.
W końcu nie wytrzymał. Spojrzał, chwycił jej skronie i, sapiąc, wgramolił się na nią. Po chwili jego zeschnięte wargi wylądowały na jej różanych, dziewczęcych usteczkach. Stękała przez zęby. Całował prostacko, bez wyczucia. Nie panował nad sobą. Ściskał jej piersi i rozgniatał usta. Kiedy na sekundę uwolniła się spod jego okupacji, desperacko spojrzała w sufit, jakby tuż za nim był realny świat. Dobrze jednak wiedziała, że nie ma realnego świata, nie ma realnej rzeczywistości wszystko, co istniało było jego fantazją, jego chorą wyobraźnią. Zaczynała już wątpić, czy to, kim jest, to co czuje, co myśli, czy to wszystko też powstało w jego zwariowanym śnie.
Wtopił się w jej szyję, ustami szarpał jej ucho. Zwijała się, w coraz większym podnieceniu. Była zła na siebie, że nie potrafi się opanować, była zła za to, że tak gwałtownie reaguje. Mimo to odczuwała coraz większą bezradność. Była kopią, właściwie to nie istniała. To był tylko sen, niesłychanie realistyczny, ale jednak tylko sen. Nie było sensu się opierać.
Dysząc podwinął jej bluzeczkę ponad piersi. Jak mała bezradna myszka popiskiwała cichutko. Wciąż próbowała się bronić. Czuła jednak, że nie starcza jej sił: fizycznych i psychicznych. Pogrążała się więc w coraz większej bezradności.
W końcu jej napęczniałe piersi znalazły się całkiem na wierzchu. Opadł na nie szorstkimi ustami. Westchnęła, czując dyskomfort. Po chwili jednak pojawiło się mnóstwo śliny. Zaczął mlaskać i chlapać grubym jęzorem. Zachowywał się, jak zwierzę a ona, jakąś częścią siebie, chciała, by tak się działo, pragnęła tego, coraz bardziej i coraz mocniej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz