45. Rytuał.
Wyprostowała się i obserwowała, jak stroją ją niczym choinkę na boże narodzenie. To było jak jakiś rytuał, jak jakaś gra przygotowująca ją do czegoś. Do czego? W końcu miała się tego dowiedzieć. Nie spodziewała się tylko, że tak szybko dostaną się do piersi. Kiedy zaczęły ich dotykać i pieścić wpięła je do przodu.
Nic nie podejmowała. Zdezorientowana, za wszelką cenę próbowała przypomnieć sobie kilka ostatnich sekund. Bez skutku. Wiedziała jednak, że jej mąż został w środku i, że to „coś” odcięło mu drogę. Widziała też, co działo się z meblami i przedmiotami. Znikały, nie... nie chciała użyć tego określenia. One rozpadały się w proch. Bała się nawet pomyśleć, że to samo mogło spotkać jej Tadzia.
Zastanawiała się, dlaczego w tej chwili był taki spokój? Dlaczego nic się nie działo? Bała się. Mimo wszystko coś kazało się jej uspokoić. Zrobiła jeszcze kilka głębokich wdechów i, już bardziej rozluźniona, rozejrzała się dokoła. Stała na niewielkiej polanie. Wszędzie dalej rozciągał się gęsty las.
-Tam, - powiedziała do siebie.
Niesiona dziwnym przeczuciem ruszyła naprzód. Grunt był nierówny, piaszczysty. Pokonała kilkadziesiąt metrów i znalazła się w gęstych zaroślach. Rozsuwając liany i liście, ostrożnie posuwała się sama nie wiedząc dokąd. Stopniowo zaczynała przypominać sobie to miejsce.
-Ja przecież tu byłam, - szepnęła.
-Moja paniusia jest taka ładniusia, - zabrzmiały w jej głowie ciche słowa.
Po chwili przypomniała sobie to, co stało się, kiedy pierwszy raz tu weszła. One były wszędzie, nie potrafiła się ich pozbyć. Taki nieco większy pojawił się jako pierwszy.
-Ha, jak miło, że do nas wpadłaś.
Słodki blond amorek, który podarował jej bukiecik błękitnych kwiatów, wydawał się taki niewinny, że aż chciało się go przytulić.
-Moja paniusia, moja słodkusia, - szczebiotał jak małe dziecko.
Po chwili pojawiły się następne, a po później kolejne.
-Ale milusia, ale ładniusia, - szeptały między sobą.
Potrząsnęła głową, obrazy były coraz wyraźniejsze. Po minucie pamięć wróciła całkowicie. Była taka rozbawiona, kiedy te malutkie istotki zaczęły wpinać jej takie dziwne kwiatuszki w ubranie. Gdyby wtedy w porno zareagowała wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej.
-Nasza paniusia będzie pachniusia, - ich głosy brzmiały jak szelest liści.
Było ich coraz więcej. Jeden po drugim podlatywały niepewnie, jakby trochę się bały. Delikatnie i subtelnie gładziły jej twarz szyję i nogi. Wszystkie miały jasne, kręcone włosy, ładne dziecięce buzie i zgrabnie zbudowane małe ciałka. Z ich pleców wyrastały barwne, sztywne skrzydła, niby motyle. Przywodziły jej na myśl aniołki ze świętych obrazków, albo amorki z pocztówek. Oglądały ją, jak istotę z innego świata. Jak małe zwierzątka podlatywały i po chwili wystraszone uciekały. Ich zachowanie bawiło ją, dlatego spokojna rozluźniła się, chłonąc sobą tę zabawną sytuację. Kiedy zrozumiała, z czym ma do czynienia było już za późno.
-Ale jesteście fajne, no, fajne... - mówiła jak do dzieci, chcąc się z nimi bawić.
W bardzo sprytny sposób wciągnęły ją do swojej gry. Po paru minutach stały się bardziej natarczywe. Wsuwały swe małe rączki pod jej ubranie. Podwijały bluzkę i sukienkę. Dotykały coraz wrażliwszych, kobiecych miejsc. Poczuła delikatne mrowienie na swojej skórze, które zwiastowało, że zaczyna się podniecać.
W końcu uświadomiła sobie, że to nie są niewinne istotki. One były stworzone tylko w jednym celu.
Wyprostowała się i obserwowała, jak stroją ją niczym choinkę na boże narodzenie. To było jak jakiś rytuał, jak jakaś gra przygotowująca ją do czegoś. Do czego? W końcu miała się tego dowiedzieć. Nie spodziewała się tylko, że tak szybko dostaną się do piersi. Kiedy zaczęły ich dotykać i pieścić wpięła je do przodu.
-Och masz cycusie takie twardziusie. Czy jesteś gotowa na tere, tere? - powiedział jeden z nich.
Zawisł przed nią w powietrzu, a jego malutki członek zaczął się unosić do góry.
-Co? Na co? Nie jesteś za mały? - śmiała się.
Sposób ich zachowania i mówienia bawił ją. Nie dostrzegała jeszcze niebezpieczeństwa.
-Kiedy mój siórkowski wstaje i rośnie, ja rosnę razem z nim, - seplenił mały Amorek.
-Hahaha… Co? Niemożliwe.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz