7. Stanowisko samodzielnego ogrodnika.
Był to duży państwowy zakład z pełnym pakietem świadczeń socjalnych. Przypadło mi w udziale stanowisko samodzielnego ogrodnika. Moim zadaniem była opieka nad pięknym kompleksem parkowym o powierzchni sześćdziesięciu hektarów. Dla kogoś z moim wykształceniem i zainteresowaniami takie zajęcie było prawdziwą nobilitacją.
Patrzył na mnie swoim przenikliwym wzrokiem.
-Musi pan zadeklarować, że do końca miesiąca wpłaci pan, chociaż część, żądanej kwoty.
W moim sercu pojawiła się iskierka nadziei.
-Dziękuję, zbiorę pieniądze.
Ponownie spojrzał swoim posępnym wzrokiem.
-No i później musi pan regularnie spłacać raty, inaczej cała sytuacja się powtórzy.
-Tak, oczywiście, jak najbardziej, - powiedziałem drżącym głosem.
Popatrzył na mnie już nieco łagodniej.
-Niech mnie pan zrozumie, ja nie jestem tu po to, żeby pana gnębić, po prostu taka jest moja praca i staram się wykonywać ją najlepiej, jak potrafię.
Poczułem, że moje serce rośnie. Nie miałem pojęcia, skąd wezmę tak olbrzymią kwotę w tak krótkim czasie, ale w tej chwili nie miało to znaczenia.
Fortuna bywa kapryśna, ale czasem ludziom sprzyja. Niedługo po tej nieprzyjemnej rozmowie udało mi się znaleźć dość atrakcyjną pracę. Był to duży państwowy zakład z pełnym pakietem świadczeń socjalnych. Przypadło mi w udziale stanowisko samodzielnego ogrodnika. Moim zadaniem była opieka nad pięknym kompleksem parkowym o powierzchni sześćdziesięciu hektarów. Dla kogoś z moim wykształceniem i zainteresowaniami takie zajęcie było prawdziwą nobilitacją.
Muszę przyznać, że pierwsze dni w nowej firmie nie należały do najłatwiejszych. Do tej pory pracowałem w przedsiębiorstwach, które liczyły nie więcej, jak po kilku pracowników, teraz trafiłem do prawdziwego molocha zatrudniającego kilka tysięcy osób. Dodatkowo czułem się bardzo samotny, wyobcowany, jak mała rybka w ogromnym oceanie. Towarzyszył mi lęk i niepewność. Bałem się nie tylko o siebie, ale też i o moją rodzinę. Codziennie dręczyły mnie te same pytania. Jak poradzimy sobie z trzema kredytami? Bez przerwy zastanawiałem się nad tym, jak nie dopuścić do wejścia komornika na nasz skromny majątek. No i jeszcze aklimatyzacja w nowym dużym gronie kolegów wymagała ode mnie przełamania niepewności i własnych kompleksów.
Od pierwszego dnia kilku starych wyjadaczy nagabywało mnie na zakup alkoholu.
-Hej, nowy!
-Słucham?
Przede mną stał człowiek na oko sześćdziesięcioletni w podartych waciakach i o ciemniej zniszczonej cerze.
-Gdzie twoje wkupne?!
-Wkupne? - spytałem nie wiedząc, o co chodzi.
Spojrzał na mnie przekrwionymi oczami. Moja odpowiedź go nie zadowoliła.
-No, nie udawaj głupiego!
-Głupiego?
Z daleka zionęło od niego gorzałą. Robiło mi się niedobrze.
-No, postaw pół litra, - mówił ochrypłym głosem.
Zdaje się, że byłem kompletnie zielony w tych sprawach.
-Pół litra? Za co?
Mlasnął, a mnie od odoru zakręciło się w głowie.
-No wiesz... jestem spragniony…
“Kurwa to się napij. Kran jest obok”, - pomyślałem, ale powiedziałem:
-Nie rozumiem.
-Dobra nie gadaj tyle. Masz przy sobie dwie dychy?
-Może i mam, a co?
-No to git, leć do „Edka” po flaszkę.
“U Edka”, to sklep na pobliskim osiedlu.
-O nie koleś, za dwie dychy to ja kupię coś słodkiego mojej córeczce, - postawiłem się.
Chwycił mnie za robocze ubranie i przysunął się bardzo blisko. Byłem przekonany, że za chwilę się na niego wyrzygam.
-Słuchaj no fajfusie, tu panuje taki zwyczaj... rozumiesz... że każdy, kto przychodzi, stawia wódę i nie myśl czasem, że ciebie to ominie, - wychrypiał jak stary menel.
-Daj spokój człowieku, nie masz innych problemów?! - postawiłem się.
Obszedł mnie dookoła.
-Te, ogrodnik?! Na razie twoim problemem jest ta flaszka! - powiedział groźnym tonem.
-Spadaj żulu! - warknąłem. Nie miałem zamiaru nic kupować.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz