6. Termin licytacji.
Pokręcił głową. Jego twarz była niewzruszona.
-Muszę wyznaczyć termin licytacji.
Nie mogłem odpuścić, wiedziałem, że muszę walczyć do samego końca.
Z nadejściem jesieni prace w ogrodach powoli dobiegały końca, a wraz z nimi wysychało cenne źródło dodatkowej gotówki. Jeszcze jakby tego było mało, straciłem posadę w moim zakładzie pracy.
-Panie Jarku, mimo że jest pan dobrym fachowcem muszę pana zwolnić, - usłyszałem bezceremonialne słowa z ust mojego szefa.
-Dlaczego? - spytałem.
Popatrzył na nie i powiedział:
-Nie mam panu, z czego zapłacić. Jest kryzys, zakład jest na skraju bankructwa, - wyjaśnił.
Poczułem mocny uścisk w gardle.
-Panie Robercie, doskonale pana rozumiem, każdy musi sobie jakoś radzić, - zacząłem drżącym głosem, - tylko niech pan mi powie, co ja mam teraz zrobić? Niech pan spojrzy na moją sytuację, mam rodzinę, tak?
Pokiwał głową.
-Rodzina jest jak mała firma, tak? - ciągnąłem.
Jeszcze raz kiwnął.
-No tak.
Tylko wie pan, że ta firma nie może zbankrutować, - zakończyłem z naciskiem, patrząc mu prosto w oczy.
Kiedy wychodziłem z jego gabinetu, cały się trząsłem.
Nie był to jeszcze koniec moich kłopotów. W tym samym tygodniu otrzymałem pismo zawiadamiające, że jeden z moich banków nieoczekiwanie zerwał umowę i zażądał spłaty całości długu. Poinformowano mnie, że sprawa kierowana jest do sądu.
Jeszcze tego samego dnia stawiłem się w urzędzie pracy, by się zarejestrować jako bezrobotny. Wypełniłem kilka formularzy i cierpliwie odstałem swoje w długiej kolejce, by na koniec dowiedzieć się, że dostanę nieco ponad sześćset złotych.
To wszystko zdołowało mnie całkowicie. Nie miałem pojęcia, jak mam zapewnić przetrwanie mojej rodzinie. Nie wiedziałem jak spojrzeć mojej żonie w oczy, jak jej to wszystko wyjaśnić?
Kiedy przekroczyłem próg, poczułem się jeszcze bardziej nieswojo. Mieliśmy gości, gości, których nie chcieliśmy mieć.
W mieszkaniu zastałem faceta w staroświeckim płaszczu. Był śmieszny, wyglądał jak z filmu z lat sześćdziesiątych. Obok niego stała zapłakana żona.
-Co jest?! - rzuciłem dość agresywnie.
Stanął między nami i zapadło niezręczne milczenie.
-Kim pan jest i co pan robi w moim domu?! - jeszcze raz spytałem ostro.
Dopiero teraz nasz gość spojrzał w moją stronę.
-Proszę pana, trochę łagodniej, - powiedział cichym, ale bardzo pewnym głosem.
Byłem już tak poirytowany, że trudno było mi zapanować nad sobą.
-Bo co?!
-Jestem komornikiem sądowym. W zawiązku z niepłaceniem długów spisuję państwa meble i sprzęt gospodarstwa domowego. Proszę nie robić scen i umożliwić mi spokojną pracę.
Koniec. Do tej pory wydawało się mi, że jestem twardym facetem, ale w tej chwili czułem tylko narastający w moim gardle wielki kamień. Spojrzałem na żonę i dopadł mnie przeraźliwy strach.
Przeszliśmy do salonu i usiedliśmy na kanapie.
-Niech pan spojrzy, to wszystko, co mam, - zacząłem prosić, - widzi pan, jedno dziecko malutkie, drugie za chwilę przyjdzie na świat... Niech pan tego nie robi.
Pokręcił głową. Jego twarz była niewzruszona.
-Muszę wyznaczyć termin licytacji.
Nie mogłem odpuścić, wiedziałem, że muszę walczyć do samego końca.
-Niech pan tego nie robi, tak ciężko na to wszystko pracowałem. Przyznaję, przeliczyłem się z moimi możliwościami, ale przecież każdemu może się zdarzyć. Ja to wszystko spłacę.
Niespodziewanie w jego oczach pojawiła się maleńka iskierka współczucia.
-Rozumiem pana, dlatego chciałbym, żeby i pan mnie zrozumiał. To pan narobił sobie kłopotów, to pan zalega z płatnościami, ja tylko staram się dobrze wykonywać swoją pracę. Jeśli ja tego nie wykonam, zrobi to ktoś inny.
-Tak, ale... - chciałem jeszcze coś powiedzieć, jednak zamilkłem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz