37. Na konto męża.
Strzeliłem prosto w jej gorące, mokre wnętrze.
-Cholera jasna! - warknąłem. - Nie założyłem prezerwatywy.
-Och nie przejmuj się mały, - westchnęła, - wszystko pójdzie na konto męża.
Byłem zły, że postawiła w tak kłopotliwej sytuacji i postanowiłem się trochę odgryźć.
-Ależ droga pani, tutaj nie ma, chociażby najmniejszego ogródka, - rzuciłem na samym początku.
Spojrzała na mnie z ogniem w oczach.
-No wie pan, jak to nie ma?!
-Przecież mieszka pani w bloku.
-No i co z tego?!
-Gdzie ma pani ten ogródek, na dachu?
-To już lekka przesada! - warknęła ze złością.
-Wybaczy pani, przyjechałem tutaj zrobić porządek w ogrodzie, ale nie widzę żadnego.
-Muszę porozmawiać z Elką. Myślałam, że jest poważna, a ona sobie żarty robi. Miała mi podesłać prawdziwego fachowca, a pan?
-Jestem fachowcem, proszę pani, fachowcem od ogrodów.
Po chwili uśmiechnąłem się.
-No dobrze, żartowałem. Niech pani pokaże ten ogródek.
Wiedziałem, że na więcej pozwolić sobie nie mogę i ze złośliwości przeszedłem w dobrze udawaną troskę.
-Przejdźmy do salonu, - powiedziała, ciągnąc mnie za rękaw.
Jej twarz rozpromieniła się serdecznym uśmiechem. Po drodze zsunęła z ramion szlafrok. Odzienie w nieładzie spadło na podłogę i tam pozostało. Moja klientka była teraz w różowej, półprzezroczystej koszuli. Podniecała mnie. Nie mogłem oprzeć się pokusie, by nie patrzeć na jej szerokie biodra i krągłe pośladki.
„Szykuje się ciężki dzień”, - pomyślałem, przeczuwając, że będę musiał się nieźle napracować, by zadowolić tą rozkapryszoną matronę.
Usiadła na sofie, rozwarła szeroko swoje grube udziska i powiedziała:
-Jak pan myśli, ten ogródeczek nie wymaga pielęgnacji?
Z wrażenia otworzyłem usta.
-Ależ proszę pani, to nie jest ogródeczek, to zapuszczona donica!
Wystraszyłem się. Miałem przed sobą wielką, mięsistą cipę zarośniętą rudym chwastem jak od tygodni niepielony warzywnik.
-Panie ogrodniku, niech pan coś na to porazi.
Wlepiła we mnie swój pożądliwy wzrok tak, że z wrażenia nie mogłem się ruszyć.
-No dobrze, - mruknąłem do siebie, - donica nie donica... prawdziwy fachowiec nie boi się żadnej roboty.
-Ja też tak myślę, panie Jarku. Wierzę, że pańskie zwinne rączki potrafią czynić cuda.
Odchrząknąłem i poprawiłem grzywkę.
-Za chwilę wszystko będzie wyglądało o wiele lepiej, - powiedziałem spokojnie, po czym wyjąłem z torby elektryczną maszynkę do strzyżenia.
-Braun cruzer, doskonały wynalazek, - powiedziałem, uśmiechając się do siebie.
-Taki mały wibrator, już cała drżę! - westchnęła, patrząc na nią jakby była co najmniej kosiarką do trawy.
Nie wiem, co ona sobie wyobrażała, ale już po chwili rozległo się przytłumione buczenie, a na podłogę zaczęły spadać kłaczki z zarośniętej cipy. Najwidoczniej intensywne drgania wprawiły ją w jeszcze lepszy nastrój, bo zaczęła cicho pojękiwać. Jej twarz wyrażała coraz większe podniecenie. Otwarte usta i przymknięte powieki wyrażały więcej niż wszystkie słowa. Pomyślałem sobie, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebym nieco mocniej docisnął swój przyrząd. Kiedy tylko to uczyniłem, jej westchnienia i jęki stały się jeszcze głośniejsze.
Po kilku chwilach cipa mojej klientki wyglądała jak tłusty świąteczny indyk. Pozostało mi tylko dokładnie wygolić resztki zarostu.
Kiedy wstrząsnąłem tubą żelu, westchnęła:
-Och, będzie piana!
Nabrałem sporą porcję i całą powierzchnią dłoni rozprowadziłem po jej wzgórku. Jej biodra, jak nalane wodą, kołysały się na boki.
-Och panie ogrodniku! - jęknęła, chwytając mnie za nadgarstek i przytrzymując na samym środku.
-Wystarczy, bo będzie piekło, - powiedziałem.
Kiedy wreszcie zacząłem golić, trzęsła się już jak galareta.
-Proszę się trochę uspokoić, bo panią pokaleczę, - ostrzegłem.
Nie zareagowała. Na chwilę położyłem drugą dłoń na jej wielkiej piersi. Zamarła w bezruchu.
Postawiłem miskę na podłogę.
-Niech pani odsunie pośladki od sofy, - poprosiłem.
Położyła się tak, że jej cipka wystawała daleko poza miękką leżankę. Poszedłem do kuchni, nalałem do dzbanka nieco ciepłej wody i zbliżywszy się do niej, wypuściłem kilka kropel na jej brzuch.
-Aaaaach! - westchnęła, a jej ciało uniosło się do góry.
-Za gorąca?! - spytałem zaniepokojony.
-Och nie, doskonała. To tylko takie wrażenie.
Lałem wąskim strumykiem na jej brzuch. Ciepła ciecz płynęła przez jej brzoskwinię, odsłaniając gładką, wygoloną skórę. Kiedy nie było już ani odrobiny piany, niedbale rzuciłem miękki ręcznik. Spadł prosto w jej krocze. Z uśmiechem pochyliłem się nad nią i docisnąłem, delikatnie wycierając pozostałe kropelki. Chwyciła mnie za szyję i gwałtownie przycisnęła do siebie. Nie spodziewałem się tego, straciłem równowagę i upadłem na jej nagie, pulchne ciało.
Nim się zorientowałem i zdążyłem cokolwiek przedsięwziąć, byłem już pod spodem. Dosiadła mnie jak rozszalała amazonka dzikiego konia w galopie. Bez zapowiedzi, bez żadnego wstępu zaczęła spontaniczny, zwariowany bieg.
-Och, och, pani Patrycjo, starczy, starczy, nie wytrzymam! - prosiłem.
Zdawała się nie słyszeć moich jęków, nie miała najmniejszego zamiaru tego przerywać. Nagle jej cipka zaczęła kurczyć się tak mocno, że było to ponad moje siły. Strzeliłem prosto w jej gorące, mokre wnętrze.
-Cholera jasna! - warknąłem. - Nie założyłem prezerwatywy.
-Och nie przejmuj się mały, - westchnęła, - wszystko pójdzie na konto męża.
Spojrzałem na nią z niedowierzaniem.
-Jesteś niesamowity, masz taką gorącą spermę. Uwielbiam, jak jest we mnie.
-No, a jak pani zajdzie w ciążę?
-Spokojnie, nic się nie stało i tak planowałam kolejne dziecko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz