36. Jakaś sympatyczna pani.
-Jakaś sympatyczna pani chce, żebyś zadbał o jej ogródek. Pyta, na kiedy może się umówić?
„Ogródek” - brzmiało jak kryptonim. Zastanawiałem się, czy moja druga połowa cokolwiek podejrzewa, ale sądząc po jej minie chyba nie. Postanowiłem odegrać swoją rolę najlepiej, jak potrafię.
Jeszcze tego samego dnia zadzwonił kolejny telefon. Tym razem odebrała moja żona. Z wrażenia zrobiło mi się słabo.
-Powiedz mi mężu, jak ty to robisz?
-Co?
-No to?
-Nie rozumiem.
Miałem wrażenie, że za chwilę nastąpi koniec świata.
-Ostatnio prawie się nie reklamujesz, a masz mnóstwo zleceń.
-Słucham?!
-Kolejny telefon mądralo! - powtórzyła z uśmiechem.
Nie wiem, czy w moich oczach widać było przerażenie, ale spytałem jeszcze:
-Jaki telefon?
-Jakaś sympatyczna pani chce, żebyś zadbał o jej ogródek. Pyta, na kiedy może się umówić?
„Ogródek” - brzmiało jak kryptonim. Zastanawiałem się, czy moja druga połowa cokolwiek podejrzewa, ale sądząc po jej minie chyba nie. Postanowiłem odegrać swoją rolę najlepiej, jak potrafię.
-Słucham? W czym mogę pomóc? - spytałem, niepewną ręką trzymając aparat.
W słuchawce rozległ się melodyjny, przyjemny głos i kiedy tylko treść pierwszych słów dotarła do mojej świadomości, poczułem się jak w konspiracji.
-Dzwonię z polecenia pani Eli, mam małą robótkę dla pana. Kiedy do mnie może pan przyjechać?
-Zaraz sprawdzę kiedy mam wolne terminy. Jak pani godność?
-Patrycja. Chciałam zaznaczyć, że ta sprawa jest bardzo pilna, że tak powiem... to bardzo gorący temat... - roześmiała się.
„Ależ ona bezczelna”, - pomyślałem poddenerwowany.
Mimo wszystko odpowiedziałem całkiem spokojnie.
-W poniedziałek o szesnastej może być?
-W poniedziałek... mówi pan?
-Tak, cztery godzinki powinno wystarczyć.
-Wie pan, panie Jarku.... - zaczęła.
-Tak?
-Dużo o panu słyszałam.
-Miło mi.
-Same dobre rzeczy.
-Tym bardziej się cieszę.
-Wie pan... nie chcę brać nikogo innego...
-Ale po cóż?
-Obawiam się, że cztery godziny to stanowczo za mało.
-Za mało... mówi pani? - mruknąłem, zastanawiając się, co też ona wymyśliła.
Zacząłem szukać dogodniejszego terminu. Ta kobieta coraz bardziej mnie denerwowała.
-W takim razie pozostaje nam sobota, od ósmej rano. Co pani na to?
-O, tak już lepiej, - jęknęła.
-Dobrze, w takim razie zapisuję panią na sobotę.
-Wspaniale, aha, jeszcze jedno, niech pan będzie wyspany i wypoczęty. Chcę mieć do dyspozycji wszystkie pana siły i cały potencjał.
„Co za babsztyl?!” - pomyślałem urażony. - „Najpierw klepie mojej żonie takie głupoty, a teraz to!”
Mimo wszystko udało mi się utrzymać zawodowy, usłużny ton.
-W takim razie jesteśmy umówieni w sobotę na ósmą, tak?
-Tak, sobota ósma, - powtórzyła podnieconym głosem.
Jeszcze bardziej śpiewnym tonem wyrecytowała mi swój adres.
-No to do zobaczenia w sobotę, - próbowałem jakoś normalnie zakończyć rozmowę.
-Halo, panie Jarku?!
-Tak?
-Niech pan zabierze odpowiednie narzędzia, bo praca będzie dość ciężka... i... niech pana wycior będzie sprawny.
W tym momencie poczułem, że przeholowała na całego. O mało mnie krew nie zalała ze złości, ale po pokoju kręciła się żona i nie mogłem wybuchnąć. Zresztą szkoda mi było potencjalnych pieniędzy.
Pamiętając jednak o jej dziwnych uwagach, w piątek wieczorem nic nie piłem i położyłem się wcześniej spać. Rano wykąpałem się i zjadłem lekkie śniadanie. Postanowiłem wyjechać nieco wcześniej, bo podany przez nią adres znajdował się dość daleko od mojego miejsca zamieszkania. Kiedy wreszcie trafiłem na do celu, ze zdziwieniem stwierdziłem, że to zwykłe miejskie blokowisko. Jakikolwiek ogród, o którym z takimi emocjami wspominała, mógł istnieć tylko w jej wyobraźni, chyba że... Nawet nie chciałem myśleć, co też u niej zastanę.
Z ogromnym napięciem wjechałam na ostatnią kondygnację wysokiego do nieba dziesięciopiętrowca. Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła mi bardzo ładna kobieta. Zdziwiłem się, że musi korzystać z moich usług. Co prawda jej ciało obdarzone było kilkoma zbędnymi kilogramami, ale z doskonałym skutkiem rekompensowało to sobie dużymi ładnymi piersiami. Wynurzały się, jak dwa ogromne wieloryby spod niedbale zaciągniętego szlafroka.
Mimowolnie przyjrzałem się swojemu odbiciu w lustrze umieszczonym na wprost wejścia w przestronnym przedpokoju. Uśmiechnąłem się, bo wyglądałem jak lekarz. Musiałem się nieźle nakombinować, aby nieco lepiej się ubrać. Jednak największą moją tajemnicą, oraz jak mi wtedy wydawało, trampoliną do sukcesu była czarna medyczna torba. Ta torba była też źródłem największego mojego lęku, jak i tajemnicą, którą starannie ukrywałem w najciemniejszym kacie garażu.
-Dzień dobry! - powiedziałem, uśmiechając się szeroko.
Czułem, że to zlecenie może być rzeczywiście bardzo nietypowe, dlatego też zaopatrzyłem się w kilka różnej wielkości wibratorów, wazelinę, oraz inne zabawki.
Uważnie zmierzyła mnie wzrokiem, zdając się oceniać moją przydatność do z góry wiadomych czynności.
-No to jak, panie Jarku, napije się pan kawy, czy od razu zabieramy się do pracy? - spytała rzeczowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz