165. W restauracji "Pod Słomianą Strzechą".
Kiedy tylko przekroczyłem próg tego swoistego przybytku, zorientowałem się, że zabawa trwa już od jakiegoś czasu, a całe towarzystwo jest już po kilku głębszych. Pub huczał i trząsł się w posadach. Przeczucie podpowiadało mi, że to nie będzie zwykły wieczór. To wszystko musiało skończyć się czymś znacznie więcej. Nie była zwykła impreza, lecz pijacka biba. Mimo wszystko było w tym coś niezwykle uroczego. Pozostawało jedynie pytanie, w jakim kierunku potoczy się ta huczne przyjęcie, i czy czasem nie będzie potrzebna interwencja policji.
Mimo wszystko w restauracji "Pod Słomianą Strzechą" panował bardzo przyjemny, zaciszny wystrój. Wnętrze przywodziło na myśl zabytkowy dworek z półkolistymi portalami, rzeźbionymi drewnianymi filarami oraz wypukłym pełnym ornamentów sufitem. Większość ścian, podłogi, a nawet mebli wykonana była z grubo ciosanego drewna, co nadawało tylko dodatkowego stylu i uroku. Wchodząc tutaj, odnosiło się wrażenie, że jest to miejsce, w którym można nie tylko dobrze zjeść, ale też na całego i bez skrępowania się bawić.
Wesoła, skoczna muzyka wymieszana z roześmianymi głosami gości, zdawała się wibrować w powietrzu i przenikać każdy zakamarek kilku zespolonych ze sobą sal. Klientów było tyle, iż obawiałem się, że nie będę miał gdzie usiąść. Wszyscy byli zadowoleni, rozluźnieni i nastawieni na długie nocne biesiadowanie.
Na szczęście udało mi się znaleźć stolik w samym rogu sali, w której znajdował się też bar. Zaczepiwszy kelnera, który przechodził obok, zamówiłem piwo z sokiem, a kiedy spytałem, czy mogę zapłacić kartą, odpowiedział, że wszystko jest już uregulowane przez pana Edwarda, który organizuje imprezę i za nic nie muszę już płacić.
Kiedy tak siedziałem i popijałem swoje piwo, do lokalu otoczona wianuszkiem przystojnych mężczyzn weszła olśniewająco piękna dziewczyna. Nie dało się ukryć, że to prawdziwa, a nie farbowana blondynka. Z rozpuszczonymi luźno śmietankowymi włosami i przepięknymi uśmiechniętymi błękitnymi oczami wyglądała jak anioł. Dech mi zaparło i stwierdziłem, że jeszcze chwila a zakocham się w niej bez pamięci.
Jeszcze jakby tego było mało, wkrótce miałem okazję przekonać się, że szczęście chodzi parami i że to nie jedna tylko dwie blondynki i to na dodatek tak podobne do siebie, że nie sposób je odróżnić. To było jak deja vu, jak olśnienie i miałem wrażenie, że to błąd w matrixie, ale im dłużej się im przyglądałem, tym bardziej stwierdzałem, że są prawdziwe.
Po chwili przyszło kolejne olśnienie i było jak uderzenie młota w tył głowy. To były te same laski, które występowały przede mną w klubie karaoke. Jak mogłem ich nie rozpoznać? Przecież to była Amelia i Grace!
-Łał, - wyrwało się z mojego gardła.
Musiałem przyznać, że wejście miały jak prawdziwe gwiazdy filmowe przystało. Wyglądały totalnie odlotowo, a ja znów przeżywałem to samo. Wystarczyło tylko kilka spojrzeń, a krew w moich żyłach zaczynała wrzeć. Mój oddech się przyspieszył, a serce waliło, jak młotem pneumatycznym. No cóż, moje podniecenie rosło w tempie wykładniczym, a kutas w spodniach prężył się i wyrywał, chcąc rozładować napięcie.
Przyznam się, że byłem trochę zły na siebie, bo miałem wrażenie, że jestem jakimś pieprzonym erotomanem, a nie porządnym, kulturalnym, opanowanym chłopakiem, który wkrótce ma zostać studentem. Bez przerwy miałem ochotę na seks.
Te odczucia nasiliły się po ostatnich kilku nocach i bliskim spotkaniu nie tylko z dołem pełnych pokrzyw, ale prawdziwą seks z bombą, czyli moją najukochańszą ciocią, która wprowadziła mnie w arkana tego oszałamiającego rzemiosła. Oczywiście niebagatelne znaczenie miało też kilkukrotne zbliżenie z Natalią. To wszystko sprawiało, że powoli stawałem się kimś innym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz