180. Do wsi było już niedaleko.
To było to. Byłem na właściwej drodze. Zabawa w mało rozgarniętego dzieciaka zaczynała mi się coraz bardziej podobać.
-Och dziewczyny, a co macie na myśli.
-Co? - spojrzała na mnie nieco zaskoczona Grace.
-No to, że mam się nie nudzić?
-Przekonasz się, koteczku, powiedziała, trącając mnie palcem w nos.
Łąka właśnie się kończyła, a do wsi było już niedaleko. To była mała wioska położona w niewielkiej odległości od Giżycka. Wypożyczone rowery spisały się znakomicie i dowiozły nas tam w pół godziny. Znajdowaliśmy się na Mazurach i wszystko wskazywałoby na to, że teren wokół powinien być całkowicie płaski. Niemniej ku mojemu zaskoczeniu miejscowość położona była na niewielkich łagodnych wzniesieniach. Sprawiało to dość dziwne, chociaż bardzo przyjemne wrażenie.
Te kilka zabudowań spokojnie można byłoby określić mianem skansenu. Pojedyncze domy kryte drewnianym gontem w starej szkieletowej zabudowie zdawały się być jakby żywcem przeniesione z XIX stulecia. Było tu zaledwie kilka gospodarstw i, na pierwszy rzut oka, trudno byłoby się doszukać śladów jakiejkolwiek cywilizacji. Może z tego względu to miejsce tak bardzo mnie urzekło.
Kiedy na chwilę się zatrzymaliśmy i rozejrzałem się dookoła, dotarło do mnie, że teraz z kolei otaczają nas rozległe, zielone pastwiska z niską jakby specjalnie przystrzyżoną trawą. No cóż, niektóre rzeczy widziałem po raz pierwszy. Byłem zachwycony tym, że tak duże naturalne tereny znajdują się tak blisko dużego miasta. W mojej ocenie to był bardzo duży plus. Miałem możliwość zobaczenia czegoś zupełnie nowego.
Z zapartym tchem podziwiałem krowy spokojnie skubiące trawę. Dla mnie to był niecodzienny widok. Te rogate, łaciate stworzenia, jakich ja – mieszczuch nie widziałem na co dzień, wywoływały we mnie fale nostalgii. Wysoko w górze z niezwykłą gracją szybowały jaskółki, a od lasu powiewał ciepły przyjemny zefirek. Naprawdę można było oderwać się od rzeczywistości i zakochać w tym miejscu. Czułem, że wstępuje we mnie nowa fala energii.
Widok, który przede mną się rozciągał, był malowniczy. Te wiejskie chałupy były jak wyjęte z obrazu Rembrandta. Tu jedna, a tam druga. Nie za blisko siebie. Idealnie wkomponowane w krajobraz i po prostu piękne.
W pewnym momencie dziewczyny zaczęły zachowywać się dziwnie i niezrozumiale dla mnie. Zaczęły podbiegać do spokojnie pasących się krów i przeganiać je w stronę dużego pola buraków cukrowych. Na dodatek śmiały się przy tym jakby miały rewelacyjną zabawę.
-Co robicie, - spytałem zdziwiony.
-Sam zobaczysz, - odpowiedziała Grace, chichocząc.
Jak nietrudno było zauważyć, tym majestatycznym zwierzakom było wszystko jedno gdzie i co jedzą, a ogromne pole słodkich buraków zdawało się być pokusą nie do odparcia. Dlatego nie opierając się, skwapliwie skorzystały z tego zaproszenia. Byłem pewien, że dziewczyny znowu pakują się w kłopoty.
Dlatego kiedy zobaczyłem jakiegoś człowieka, idącego w naszą stronę, zrozumiałem, że zbliża się czas poniesienia konsekwencji za ten niecny czyn. Ów człowiek niósł na plecach drabinę i to wydało mi się nieco dziwne. Przez chwilę zastanawiałem się, co on tutaj robi i po co mu ta drabina. Ale odpowiedź była prosta: szedł po to, aby dać nam reprymendę i być może przegonić ze swojego pola. A drabina? No cóż, prawdopodobnie przerwaliśmy mu jakieś ważne dla niego zajęcie. Tym bardziej powinien być zły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz