240. W każdej chwili mogę stracić resztki męskiej godności.
-Wyjdź przed dom i się rozejrzyj,- nakazała.
Poszedłem na zewnątrz i kiedy rozejrzałem się po okolicy, olśniło mnie.
-Widzę krowy, owce, kury... O kurczę! Jeśli są kury, to muszą być i jajka,- westchnąłem, wreszcie rozumiejąc.
Uśmiechnęła się i pokiwała głową z wyrozumiałością.
-No więc teraz, gdy to już mamy za sobą, to ty idź po te jajka, a ja przygotuję resztę produktów.
Jednak był pewien problem.
-Ale... gdzie mam szukać tych jajek? - zapytałem, czując się jak ryba wyjęta z wody.
Teraz Amelia wybuchnęła śmiechem.
-Hahaha... no chyba w kurniku, co nie?
Coraz bardziej czułem się niepewnie.
-Ale...
-Co znowu? - spytała z wyrazem lekkiego zdenerwowania.
-Nie wiem, gdzie to jest,- przyznałem.
-Zobacz, widzisz tamten mały budynek z tą drabinką i małym wejściem? - wskazała palcem.
-Widzę,- odpowiedziałem.
-No to, to jest kurnik. Idź tam i przynieś, ile zdołasz. Możesz wziąć jakiś pojemnik, koszyk albo coś innego, - poradziła.
Wyszedłem, ale zaraz wróciłem z nowym problemem.
-Amelia, ale tam jest ten kogut. Patrzy na mnie tak dziwnie, jakby chciał mnie zaatakować.
Znowu wybuchnęła śmiechem.
-Boże, ale jesteś tchórzliwy, przecież cię nie zje. Zobacz, jest mniejszy ode mnie.
Jednak nie byłem przekonany.
-Nie jestem pewien, czy on mi nie zrobi krzywdy. Nie ufam mu. Jest jakiś dziwny.
Amelia opuściła bezradnie ręce, a potem zwróciła się do siostry:
-Dobra, Grace, idź z nim, bo to prawdziwy mieszczuch, jeszcze go kogut zje.
Grace, śmiejąc się, podążyła ze mną w kierunku kurnika, a ja czułem się bardzo niezręcznie, idąc za nią i próbując utrzymać dystans między sobą a potencjalnie niebezpiecznym kogutem. Ale był to również moment, który zapamiętam na długo – jak wakacyjną anegdotę, która rozśmieszy nas jeszcze wiele razy w przyszłości.
Weszliśmy do kurnika i od razu uderzyło nas niesamowite gorąco i duchota. Powietrze było przesycone intensywnym zapachem, który dawał się we znaki od pierwszych chwil. W pewnym momencie miałem wrażenie, że zaraz się porzygam, ale dziwnym trafem udało mi się opanować tę nieprzyjemną reakcję.
Kury rozmieszczone były po bokach, zajmując każdy kawałek dostępnego miejsca, a ich półki i gniazda z miękką słomą były świadectwem tego, że były tutaj jak najbardziej mile widziane. Grace, zaskakująco zręczna, szybko zabrała się do pracy, wyjmując jajka z poszczególnych gniazd i podając mi je jedno po drugim.
Zaskoczony, trzymałem je w dłoniach, patrząc na nie jak na obce przedmioty. Zawinąłem niebieski dres, którym akurat był dostatecznie rozciągnięty i ostrożnie układałem w nim cenną zdobycz.
Tymczasem dolna część dresu z luźną gumką jakby na złość opadała coraz niżej, dając mi niepokojące przeczucie, że w każdej chwili mogę stracić resztki męskiej godności. Mimo to pilnowałem, by nie dopuścić do potłuczenia ani jednego jajka, co sprawiało, że musiałem skupić się na powierzonym mi zadaniu, ignorując swoje własne obawy.
W pewnym momencie spojrzałem na Grace, zauważając jej skrzywione usta i wymowne spojrzenie. Potem jednak uśmiechnęła się, rzucając ironiczny komentarz.
-Oj, ty nieszczęśniku, jak teraz będziesz szedł do domu,- powiedziała, a jej słowa brzmiały jak proroctwo. - przecież ten kogut już tam na ciebie czeka.
Podniosłem wzrok, obawiając się nie tylko koguta, ale i faktu, że moje spadające spodnie mogą zdradzić moją sytuację. Tym bardziej że penis pod spodem sterczał już w sposób zasadniczy, dając pokaz swojej witalności. Każdy krok był wyzwaniem, a obawa przed upadkiem i rozbiciem jajek dodawała jeszcze napięcia.
-Nie śmiej się ze mnie,- odezwałem się, starając się zachować godność w obliczu trudnej sytuacji, - to wcale nie jest zabawne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz