316. Dziki
Kiedy wracaliśmy, było już zupełnie ciemno. Niebo przybrało ciemnogranatowy odcień i tylko na zachodzie jarzyło się jaskrawą czerwienią. Było trochę dziwnie, ale jednocześnie niesłychanie przyjemnie. Po tym co się stało, nie odzywaliśmy się do siebie. Chyba każde z nas na swój sposób jeszcze przeżywało minione chwile. Z drugiej strony to natura chciała nam w tej chwili coś przekazać. Słuchałem uważnie i miałem wrażenie, jakby to ona przejęła nad nami kontrolę. W tej chwili kazała nam milczeć.
Uderzająca była ta cisza. Dziwne, bo tak naprawdę wcale nie było cicho. W lesie rozgrywał się koncert ptaków. Był to koncert na wiele głosów.
Wjechaliśmy w gęstwinę wysokich drzew, które zasłaniały niebo, przez co było jeszcze ciemniej. Mimo to widać było bladą tarczę księżyca, która rozświetlała nam drogę. Ptaki śpiewały chóralnie, a ich odgłosy dochodziły ze wszystkich stron, otaczając nas jak w prawdziwym amfiteatrze. Słychać było szum kół na leśnej drodze, śpiew słowika i wielu innych ptaków, których nie potrafiłem teraz rozpoznać. Z oddali dobiegał szmer wartko płynącego strumyka. Byłem tym wszystkim oczarowany, zachwycony i zadziwiony. Miałem wrażenie, a w zasadzie byłem pewien, że Amelia i Grace czuły to samo. Byliśmy jakby połączeni w tym odczuwaniu przyrody.
Jechaliśmy już jakieś dwa kilometry i w pewnym momencie do moich uszu dobiegł podejrzany odgłos. Gdzieś z prawej strony, kilkanaście metrów ode mnie, pękła gałązka w podszyciu. Puszczałem, że to jakieś zwierzę, i nie zastanawiałem się nad tym zbyt długo. Pomyślałem, że prawdopodobnie jest to jeleń albo sarna. Nie byłem pewien, czy dziewczyny też to słyszały, ale raczej nie, bo jechały dalej, patrząc przed siebie.
Kiedy przejechaliśmy nieco dalej, odgłos powtórzył się – pękła kolejna gałązka. Chwilę później usłyszałem bardzo charakterystyczne chrząkanie i mlaskanie, których nie dało się pomylić z niczym innym. Teraz byłem pewien – to były dziki. Zastanawiałem się tylko, czy był to jeden osobnik, czy może całe stado. Chociaż nie byłem z natury bardzo strachliwy, po moich plecach przebiegł dreszcz. Sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby to był dzień i było widno, ale teraz było kompletnie ciemno i tak naprawdę nie wiedziałem, z czym mam do czynienia. Nie byłem pewien, jakie mają zamiary.
No cóż, jak to mówią, strach ma wielkie oczy. Nasłuchiwałem uważnie, starając się wyłapać każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk. Serce w mojej klatce waliło jak szalone, a każdy szelest i trzask zdawał się być jeszcze bardziej intensywny.
Teraz dziewczyny także to usłyszały. Powoli jechaliśmy dalej, starając się nie robić zbędnego hałasu. Moje myśli krążyły wokół tych tajemniczych odgłosów dochodzących z ciemności. Amelia i Grace, choć nie wydawały się być bardziej spokojne, poruszały się teraz z większą ostrożnością, jakby i one wyczuwały coś niepokojącego w gęstwinie otaczającego nas lasu.
-Słyszeliście? - odezwała się Amelia. - Co to?
-To dziki, - wyjaśniła Grace. - Jest ich kilka, są po prawej stronie. Buchtują w niewielkim bajorku, o tam, przed nami.
Niby się nie bałem, ale mimo wszystko mocniej nacisnąłem pedały roweru, doganiając Amelię i Grace. Starałem się trzymać blisko nich. Moje serce zaczęło jeszcze mocniej bić, a oddech przyspieszył. Chciałem jak najszybciej przejechać obok tych zwierząt, aby wreszcie znaleźć się w bezpiecznym miejscu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz