319. Na wiklinowym fotelu
Gdy zamknąłem oczy, w głowie miałem obrazy naszego wspólnego wieczoru, dźwięki lasu i śmiech serdecznych, zwariowanych przyjaciółek. Choć dziki wywołały chwilowy strach, to właśnie takie momenty sprawiały, że nasze wspomnienia były żywe i niezapomniane. I z tą myślą zasnąłem, gotów na kolejne wyzwania i radości, które przyniesie nowy dzień.
Obudził mnie radosny śpiew ptaków, ciepłe promienie słońca muskające moją twarz i delikatny podmuch wiatru wpadającego przez szeroko otwarte okno. Gdybym kiedykolwiek zapomniał, że jestem na wakacjach, takie drobne szczegóły przypominały mi o tym w cudowny sposób. Byłem w niesamowitym domu mojej ukochanej cioci, niedaleko jeziora. Rozpoczynał się kolejny dzień mojej wakacyjnej przygody, a ja zastanawiałem się, co może mi on przynieść.
Wstałem, przeciągnąłem się mocno i podszedłem do parapetu. Byłem na pierwszym piętrze, a gałęzie wielkiego, rozłożystego dębu, który rósł nieopodal, sięgały do samej ściany domu, sprawiając, że wejście na nie zdawało się być dziecinnie proste. Widok z okna był oszałamiający. Z jednej strony rozciągał się widok na jezioro, które lśniło w porannym słońcu, z drugiej strony las, w którym jeszcze niedawno przeżyłem przygodę z dzikami.
Usiadłem na parapecie, delektując się chwilą spokoju. Śpiew ptaków był tak melodyjny, że mógłbym go słuchać bez końca. Ciepły wietrzyk przynosił zapachy lasu i kwitnących kwiatów, a słońce ogrzewało moją skórę. To był jeden z tych idealnych poranków, które chciałoby się zatrzymać na zawsze.
Po chwili zdecydowałem, że czas wstać i z uśmiechem na twarzy rozpocząć dzień. Zszedłem na dół do kuchni, ale nie było tam gotowego śniadania. Ciocia wyjechała i wszystko musiałem przygotować sobie sam. Co prawda, zostawiła mi wszystkie niezbędne produkty spożywcze, takie jak masło, konfitury i szynkę. Nie mogłem narzekać, bo cała lodówka była pełna. Było nawet zamrożone ciasto na bułki, które wystarczyło wrzucić na kilkanaście minut do piekarnika, aby mieć świeżutkie, pachnące i chrupiące pieczywo.
Byłem bardzo głodny więc bez zbędnego przedłużania, zabrałem się do pracy. Rozpocząłem od włączenia piekarnika i wyciągnięcia zamrożonego ciasta z lodówki. Położyłem je na blaszce i wsunąłem do nagrzanego piekarnika. Czekając, aż bułki się upieką, zabrałem się za resztę. Na kuchennym blacie rozłożyłem masło, konfitury truskawkowe, szynkę i ser. Wyciągnąłem również świeże warzywa: pomidory, ogórki i sałatę. Krojąc je na równe plasterki, myślałem o tym, jak wspaniale będzie smakować to śniadanie na werandzie.
Po jakimś czasie zajrzałem do piekarnika – bułki zaczynały nabierać złocistego koloru i wydzielać wspaniały zapach. W międzyczasie nastawiłem czajnik, aby zaparzyć ziołową herbatę. Wybrałem mieszankę mięty i rumianku, którą ciocia zawsze trzymała w kuchni. Gdy woda się zagotowała, zalałem zioła w dużym kubku i pozwoliłem im się zaparzać.
Po kilku minutach bułki były gotowe – gorące, pachnące i chrupiące. Wyciągnąłem je z piekarnika i przełożyłem na talerz. Zestawiając wszystkie przygotowane wcześniej składniki, stworzyłem smakowite kanapki. Na koniec nalałem gorącą ziołową herbatę do ulubionego kubka cioci.
Z talerzem pełnym pyszności i kubkiem herbaty wyszedłem na werandę. Rozłożyłem się wygodnie na wiklinowym fotelu, w cieniu rozłożystych drzew. Ciepły wiaterek delikatnie muskał moją twarz, a ptaki śpiewały swoje poranne melodie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz