62. Czerpiąc szczęście całymi garściami.
Z drugiej, jednak, strony, chciałem, aby chwila niepewności trwała jak najdłużej. Każda sekunda, dodawała pikanterii temu zbliżeniu. Zadawałem sobie sprawę, że skończenie tego zbyt szybko, pozostawi we mnie niedosyt, który trudno będzie zaspokoić w inny sposób. Ideałem by było, gdybym każdą sekundę, tej cudownej zabawy, mógł przeżywać po kilka razy, jednak zdałem sobie sprawę z tego, że jest to niemożliwe.
To prawda, seks w pracy jest czymś niesamowitym. Flirt z koleżanką, która od samego początku bardzo ci się podoba, zaczepia cię i podrywa, buduje napięcie i podnosi poziom adrenaliny do niebotycznych granic. Nie oszukujmy się, każdy facet chciałby to przeżyć.
Wiedziałem, jakie jest ryzyko, dlatego chciałem to zrobić w taki sposób, żeby nie żałować niczego. Jak to mówią: jeśli spadać z konia to już z wysokiego. Zdawałem sobie sprawę z tego, co robię i, w żaden sposób, nie chciałem czuć się winny.
Uśmiechałam się od ucha, do ucha, czerpiąc szczęście całymi garściami. Miałem jednak świadomość tego, że to jest tylko chwila dobrego seksu, a prawdziwe życie czeka za drzwiami. Miałem świadomość tego, że ta wspaniała zabawa musi się kiedyś skończyć. Nie da się ciągnąć takiego momentu w nieskończoność. Nie miałoby to sensu, a przyjemność wkrótce zmieniłaby się w nudę.
Jeszcze przez moment zastanawiałem się, czy może jednak, wybrać jakiś inny finał. Przecież nie musiałem spuszczać się jej cipkę. W takim razie, w którym miejscu pozostawić swój nektar? Może na brzuszku? Na pośladkach, czy gdzieś indziej?
W końcu stwierdziłem, że najlepszym wyborem będzie, jednak, pierwsza decyzja. Czyli padło na cipkę. Już samo myślenie o tym, rozgrzewało moją świadomość do czerwoności.
To było to. Nie być dżentelmenem, zachować się jak łobuz, poznany na dyskotece, nie martwić się o konsekwencje i pozostawić swoją spermę w ciasnej, gorącej pizdeczce. A później mieć tą odrobinę niepewności, że skutki mogą nieść poważne konsekwencje. Mieć ten cień świadomości, że zerwałem zakazany owoc, że mogłem właśnie zasiać nowe życie. Ten akt był jak pieczęć na cyrografie z diabłem.
Kiedy tylko zacząłem się nad tym zastanawiać, już zbliżał się ten kulminacyjny moment.
-Aniu… - jęknąłem.
-Co? - spytała cicho.
-Połącz uda i zaciśnij cipkę, - poprosiłem drżącym, podnieconym głosem, mając świadomość, że na mojej twarzy pojawiają się rumieńce.
-Dobrze, - westchnęła, dygocząc na całym ciele, podobnie jak ja.
W ciągu kilku chwil i przyjęła odpowiednią pozycję. Kiedy, jej uda były zaciśnięte tak, jak trzeba, stanąłem w szerokim rozkroku, obejmując jej pośladki swoimi nogami. Przesunąłem biodra, wciskając kutasa w rowek między nimi. Szarpnęła się w gwałtownym skurczu.
Cofnąłem pośladki chwyciłem fiuta w garść i wygiąłem go pod kątem dziewięćdziesięciu stopni do swojego ciała. Przymierzyłam, rozsuwając płatki i jej różyczki, a po chwili, wykonałem gwałtowne pchnięcie. Z głębokim westchnieniem wechałem do samego końca.
Wrażenie było natychmiastowe i piorunujące. To było, jak wybuch bomby termojądrowej. Niemalże zmiotło mnie z powierzchni ziemi. Przez moje ciało, od czubka głowy, po koniuszki palców u stóp, błyskawicznie przebiegł, przeszywający, gorący i jednocześnie zimny, dreszcz.
Czułem się jak Adam Małysz. Właśnie stałem na rozbiegu mamuciej skoczni. Po chwili już pędziłem z olbrzymią prędkością w kierunku progu. Byłem przekonany, że w tej chwili niczego już nie można zatrzymać, cofnąć, czy odwlec w czasie. Można było tylko skupić się na tym, co się działo i wykonać to jak najlepiej.
Trzymając się slangu sportowego, chodziło o jak najlepsze wyjście z progu, a później wylądowanie ładnym telemarkiem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz