70. Zapraszam panią na kozetkę.
W końcu znaleźliśmy jedną, ale jeszcze stosunkowo ostrą. Teraz mogliśmy przejść już do właściwego zadania. Jeszcze przez chwilę zastanawialiśmy się, kto pierwszy wcieli się w rolę ofiary, a kto będzie zajmował się wymierzeniem kary.
Ania zgłosiła się na ochotnika.
-To może ja, - odezwała się cicho.
Pokręciłem tylko głową.
-Jak chcesz. Twój wybór. W takim razie do dzieła.
Zdjęła z siebie koszulę i spodnie. Znów napięcie między nami gwałtownie rosło. Sytuacja przez nas odgrywana, była niesłychanie erotyczna i bardzo silnie oddziaływała na świadomość. Pewne rzeczy dzieją się tylko w realnym życiu.
Stanęła przede mną kompletnie naga i, jako, że była niska i drobna, wyglądała jak uczennica z podstawówki. Skromnie spojrzała mi w oczy, uśmiechnęła się, a po chwili spuściła wzrok.
-W takim razie, zapraszam panią na kozetkę, - odezwałem się.
Świetnie odgrywała stworzoną na poczekaniu rolę. Widocznie, ten typ zabawy był jej potrzebny.
-Co pan ze mną zrobi, panie doktorze?
Mój kutas sterczał już jak głupi. Pulsując pod spodniami, unosił i opuszczał swój łeb, a ja, nie wiedząc czemu, z trudem powstrzymywałem się od śmiechu. W tej chwili miałem ochotę tylko na jedno. Nie potrzebne mi były do tego żadne pokrzywy. Obawiałem się nawet, że zbyt długie przeciąganie, tak wysokiego podniecenia, może spowodować u mnie ponowny zanik erekcji. Jednak, nie chciałem jej o tym mówić, mimo wszystko, chciałem spróbować.
-Muszę pani zaaplikować porządną dawkę jadu pokrzywowego, - powiedziałem bardzo poważnym tonem.
Jej głos, natomiast, stał się miękki i protekcjonalny.
-Och! A gdzie?
-Hm… na razie w pępuszek. Proszę się położyć i wystawić ładnie brzuszek.
-Och… ale to będzie bolało.
Zmarszczyłem brwi.
-No niestety, to będzie bardzo nieprzyjemny zabieg.
-Ale… panie doktorze, tak bez znieczulenia.
-Tak. Jak najbardziej. W tym wypadku nie możemy dać znieczulenia. Jest to niemożliwe.
-Och… ale ja się boję…
-Trudno, zabieg i tak musi być wykonany.
-Ale, ja nie chcę… to będzie nieprzyjemne…
-Oczywiście.
-Ale panie doktorze…
-Położy się pani sama, czy mam panią związać? - udawałem zniecierpliwienie.
-Och, już dobrze, jeśli to konieczne, położę się sama.
Grzecznie, ze spuszczoną głową, bardzo dobrze odgrywając swoją rolę, położyła się na kozetce.
Podszedłem do drzwi i zamknąłem je na zasuwę. Następnie zdjąłem z siebie ubranie, zbliżyłem się do łóżka i przejechałem wzrokiem po jej sylwetce.
-Ale tak na poważnie, dasz radę wszystko wytrzymać? - odezwałem się po chwili.
Pokiwała głową.
-Wiesz, ja nie przesadzałem z tym wiązaniem. W ten sposób, może będzie ci łatwiej?
Uśmiechnęła się.
-Nie, nie… nie trzeba, dam radę…
-Dobrze. W takim razie, zaczynajmy.
Po tych słowach wróciłem do stolika, rozejrzałem się po nim jeszcze raz dokładnie. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko przejść do konkretów.
Nałożyłem na dłonie po kilka torebek i uniosłem je do góry tak, jak lekarz przed operacją. Wziąłem pierwszą z góry gałązkę i otrząsnąłem zawody i, kiedy już była dostatecznie sucha, przyjrzałem się jej ze wszystkich stron. Po chwili obciąłem pierwszy kawałek.
Zdecydowałem się na ogonek jednego z dolnych liści. Miał około pięciu centymetrów i porośnięty był długimi, gęstymi włoskami.
Dopiero teraz, odwróciłem się w jej stronę.
-Widzisz to? - powiedziałem.
-Widzę.
-Wiesz co to jest?
-Wiem.
-Wiesz jak bardzo jest palący?
-Tak.
-Za chwilę dotknę nim twojego pępuszka.
Wzięła duży wdech zatrzymała powietrze w płucach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz