127. Kolorowy papier ze wstążką.
Stojąc tak przede mną, w delikatnym rozkroku, pochylona do przodu, z rozpuszczonymi włosami, przyglądała mi się uważnie. Robiłem wszystko, aby się na nią nie rzucić i nie zgwałcić jej na środku tej kuchni. No tak, kto tu mówi o gwałcie? Przecież obydwoje tego chcieliśmy. Nic strasznego się nie działo. Igraliśmy tylko z własnym pożądaniem. Wystawialiśmy je na próbę w najbardziej ekstremalny sposób, jaki można sobie wyobrazić.
Wycisnąłem mopa i wyprostowałem się. Czułem, jak na całym moim ciele zaczynają pojawiać się drobniutkie kropelki potu. Musiałem wykonać kilka głębokich oddechów, aby móc jako tako funkcjonować. Odstawiłem wiadro w kąt za drzwi i zastanawiałem się, co zrobić w dalszej kolejności, aby nie doprowadzić do zbliżenia między nami.
Usiadła na blacie z szeroko rozsuniętymi udami. Podparła się dłońmi w okolicach cipki, która zaczynała się już rozgniatać jak soczysta brzoskwinia na tej płaskiej, twardej powierzchni.
Łup, łup, łup… - waliło moje serce.
Och nie, nie, nie rób tego! - myślałem rozpaczliwie.
Znów wyczyniała cuda ze swoimi cyckami. Nie wiem, czy była tego świadoma, czy robiła to może zupełnie odruchowo, ale działało to na mnie, jak płachta na byka. Cały czas wspierając się na podłożu przed sobą ścisnęła je w taki sposób, że zrobiły się one jędrne i gładkie, niczym dwie solidnie napompowane piłki, a sutki wyszły do góry niczym antenki.
“Jezu! Czemu to robisz!” - znów te gorące myśli, niesamowite pragnienie i totalne zaprzeczenie własnej męskości. W imię czego?! Lepszej zabawy później?! Czy to możliwe? Czy ja to robię?!
-Napijesz się herbaty? - odezwała się cicho.
Chwila ciszy. Myślałem, że ją zjem, że rozszarpię na drobne kawałeczki i zjem jeden po drugim. Oszalałem na jej punkcie. Nie potrafiłem już normalnie myśleć i funkcjonować. Przełknąłem tylko ślinę i pokiwałem niepewnie głową.
“Zwariowała!” - pomyślałem. Zaraz później zdałem sobie sprawę, że to jest zupełnie niewinne i normalne pytanie. Cóż mogło być w niem takiego dziwnego? Jakież niegodziwe myśli się za tym kryły? Już jakiś czas u niej byłem, opanowałem wyciek z rury, narobiło się przy tym sporo bałaganu, a teraz sprzątałem. Nic więc dziwnego, że należała się chwila przerwy. Chwila przerwy… hmm… między czym, a czym? Nie! Znowu te myśli. Nie chcę!
“Kobieto, puchu marny… Słodka, niesforna mama równie niegrzecznej i niesfornej Rebeki.” I z jedną i z drugą nie mogłem sobie dać rady. Okiełznanie takich ludzi jest naprawdę trudne.
No tak, w sumie nie wiem czemu zebrało mi się na narzekanie. Przecież sam tego chciałem. Nikt mnie nie namawiał, aby do niej przyjść tego wieczora. No dobra, chciałem być pomocny. Jednak, nikt zupełnie mnie nie nie zmuszał do tego, aby bzykać się z nią na środku kuchni w kałuży wody. Przecież ten obłędny, analny seks to przecież był już całkowicie mój własny wymysł. Do kogo mogłem mieć więc pretensje, jak nie do siebie?
Wstała. Przeszła do pokoju obok. To chyba była jej sypialnia. Chyba tak. Nie widziałem dokładnie, bo drzwi uchyliły się jedynie na kilka centymetrów. Kiedy wróciła trzymała w dłoni długi luźny biały sweter. Zarzuciła go niedbale na ramiona i mimo, że miał guziki nie zapięła go. Pozwoliła połówkom dzianiny zwisać swobodnie po obu stronach jej podniecającej, ponętnej postaci. Chyba zrobiła to celowo. To był taki zabieg mający na celu ukrycie się, ale tylko częściowe.
Powiem szczerze, że wyglądała teraz jeszcze bardziej słodko i apetycznie. Wydawało mi się, że mam przed sobą jakiś urodzinowy prezent, idealnie zapakowany w kolorowy papier ze wstążką.
“Boże Boże, Boże…” - myślałem gorączkowo.
Wiedziałem, że zasoby mojej cierpliwości są już na skraju wyczerpania.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz