Szukaj na tym blogu

1 maja 2019

Przygód kilka ochroniarza Mirka.


114. Córka wychowuje się bez ojca.


Jeździła, ale jak! To był szalony wyścig wokół budynku. To był tor Formuły 1, który prowadził przez portiernię, patio, chodnikiem wzdłuż bloku i z powrotem przez portiernię. Gówniara śmigała niczym bolid sportowy, z tym że jeszcze nie do końca umiała korzystać z hamulców.

Z olbrzymim impetem wpadała na szklane drzwi, o mało ich nie rozbijając. Zupełnie nie przeszkadzało jej to, że przy okazji kogoś potrąciła. Wyjeżdżała na patio i rwała do furtki po drugiej stronie tak, że tylko smuga kurzu się za nią ciągnęła.  Zaraz później jej kumple: Pawełek i Zbyszek. Później taki o ciemnej karnacji skóry, imienia nie pamiętam. Na końcu ten gruby, który ledwie dawał radę, ale bardzo się starał. Poszli!
Kiedy ostatnie z nich było przy furtce, mała już robiła drugie okrążenie. Po chwili zdublowała kolesi.
Frrrrru… terkot, terkot… - rozbrzmiewały głośne odgłosy kółek po kostce.
No, wypadałoby tylko usiąść z mikrofonem i komentować to wszystko, niczym sprawozdawca sportowy. Śmieję się z tego, bo mogło być to nawet zabawne, ale tak naprawdę, było to bardzo uciążliwe i denerwujące.
Dziewczynka miała takie dziwne imię. Kurczę, jak ono brzmiało? Takie żydowskie. Aha, Rebecca. Zastanawiałem się, kto mógł tak skrzywdzić dziecko. No ale nic, w sumie nie moja sprawa. Dla mnie najważniejsze było to, że razem z tymi kolegami z tworzywa Gang Olsena. Gdyby tam był bank to pewnie próbowaliby go obrabować. Banda trudna do opanowania. Choć wiek jeszcze budzący wątpliwości, to, w niektórych przypadkach, pasowałoby wzywać policję.
Codziennością było wskakiwanie na murki, wchodzenie między rośliny, wyrywanie ich z korzeniami i rzucanie na chodnik pod stopy innych ludzi. Zwracanie uwagi, czy groźby nie miały najmniejszego sensu.
Kiedy te bachory to słyszały, robiły się jeszcze bardziej nieznośne i złośliwe. Potrafiły wymyślać nam różne przezwiska, przedrzeźniać i robić psikusy. Jedyną skuteczną metodą było rozmawianie z rodzicami. Okej, może byłoby to i dobre, gdyby rodzice byli lepsi od swoich dzieci. No, ale co, jeżeli było inaczej?
Za którymś razem kiedy Rebeka wyrwała kilka małych drzewek i wywaliła to wszystko pod drzwi portierni, robiąc piękny stosik tak, żebym nie mógł wyjść na zewnątrz, nie wytrzymałem i postanowiłem udać się do jej rodziców. Właściwie, nie wiedziałem, że wychowuje ją tylko matka.
Będąc rozzłoszczony do granic możliwości, z pianą na ustach, wyciągnąłem od małej adres, pod którym mieszkała. Poszedłem tam. Poruszała się razem ze mną. Była tuż za plecami. Nie musiałem wchodzić nawet na klatkę. Jej matka wyglądała przez okno z pierwszego piętra. Chyba już wiedziała co się święci.
-Proszę pani, pani córka robi szkody na osiedlu! Jeżeli pani nie zareaguje, będę musiał wezwać policję.
Starsza spojrzała na nią poważnym wzrokiem, a później wydarła się:
-Mówiłam ci, żebyś była grzeczniejsza! Masz tylko jeździć! Nie wolno ci wyrywać roślin!
Mała wyglądała na bardzo skoszoną.
-Ale mamo…  
-Mówiłam ci, Rebeka! Do jasnej cholery, czy ty zawsze musisz coś zniszczyć?! Przepraszam pana, - zwróciła się do mnie, - córka wychowuje się bez ojca, więc sam pan rozumie…  
-Aha, ok. A co się stało z ojcem?
-Aaa, - machnęła ręką, - podszedł gdzieś w pizdu, kiedy była jeszcze malutka. Zostawił nas.
-Rozumiem…
Pomyślałem sobie: “co to mnie, kurde, obchodzi. Nie z tym tutaj przyszedłem”. Zastanawiałem się, jak nakłonić ją, aby lepiej zajęła się dzieckiem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...