Szukaj na tym blogu

6 sierpnia 2019

Niewidzialny kochanek.

25. Portal.

Następnym obrazem, który zobaczyła i którego nie potrafiła wyjaśnić, był ogień, a właściwie ognisko. To był żar powoli płonącego ogniska, niespiesznie palące się patyki i gałązki, a wśród nich, tak jakby miało to jakieś znaczenie, mnóstwo suchych szyszek. To,  co się stało, to był czerwony żar, iskrzący ogień, ciepło i spokój, którego doświadczyła podczas każdej upływającej chwili. 
Nic nie istniało poza tym. Właśnie ta chwila liczyła się teraz najbardziej. Żyła chwilą, tym jednym momentem, teraźniejszością. Zastanawianie się nad tym, co było i nad tym, co kiedyś będzie, nie miało już najmniejszego sensu. Była w czymś, czego nie potrafiła wyjaśnić, w jakimś stanie pomiędzy jawą a snem. Była w stanie, czy to psychicznym, czy też fizycznym, którego nie potrafiła uzasadnić. Mogła tylko to zaakceptować i brać takim, jakim było. 
Po chwili ognisko zniknęło, a ona zobaczyła siebie stojącą w pośród niebotycznych drzew, pośród równych, prostych pni ginących gdzieś w ciemności ponad jej głową. Stała w tej swojej koszuli, która zdawała się być najlepszą, najbardziej cudowną suknią w jej życiu. Stała z wyciągniętą dłonią, a przed nią w powietrzu, na wysokości metra, kłębił się płomień. Był jak to ognisko. Starała się go dotknąć, lecz bała się, że sparzy jej dłonie. 
Zdawało się jej, że ma nad nim kontrolę, że może zmniejszać jego intensywność, zmieniać pozycję, nieznacznie, ale jednak. Kiedy poruszała palcami, ogień przygasał lub rozpalał się na nowo. Wpatrywała się to zjawisko z zachwytem i niedowierzaniem. Ogień rosół, zwiększał swoje rozmiary, ale nie płonął do góry, lecz tworzył coś w rodzaju chmury. Skłębione płomienie rozświetlały okolicę ciepłym, pomarańczowym blaskiem. 
Nim zdążyła cokolwiek zarejestrować, zapamiętać, nazwać i określić, wpatrywała się na powrót ognisko. Żar jakby przygasł, a ona patrzyła w czerwone węgle. 
Kolejna zmiana była miła. Trzyma w dłoni małą gałązkę jakiegoś ziela. Płonęło jak pochodnia, tworząc chmurę dymu wokół siebie. Czuła wszechogarniający spokój, powoli przenikający ją na wskroś. Czuła sens tego, co się działo. Tak jakby w chaosie widziała w samą siebie i tylko siebie. 
Siedziała na kamieniu, na wielkim głazie. Trzymała w dłoni wiecheć jakichś ziół, które płonęły na wierzchołku. Wpatrywała się w ogień i obracała nim raz w jedną raz w drugą stronę tak, aby nie zniknął. Miała wrażenie, że nie jest sama. Tak jakby wszystko, co działo się wokół niej, było przepełnione głębokim sensem, sensem samego istnienia. 
Okolica wypełniła się dymem. Oświetlana była jakimś blaskiem, wydobywającym się jakby spod ziemi. Delikatnie odwróciła głowę i spojrzała w bok. Nie zadawała już pytań, nie szukała odpowiedzi. Chciała po prostu być, tak po prostu być. 
Kiedy odwróciła się jeszcze bardziej i spojrzała za siebie, ujrzała jakby portal, otwierający przed nią inny wymiar. Był jakby powierzchnią utworzoną z rtęci, falującą i połyskującą ołowianym, ciemnym blaskiem. Kiedy portal otworzył się, wraz z nim rozwarła się przestrzeń,. W oddali dojrzała dziwny zamek, stojący na szczycie wzniesienia, a tuż przed sobą czarnego wilka, pokazującego kły. 
Podniosła się i ruszyła przed siebie. Szła po wodzie. Tak jej się przynajmniej zdawało. Pod stopami miała lustro wody, ciemnej wody, prawie czarnej. Kroki stawiała pewnie, bez najmniejszego lęku, tak jakby miała przed sobą najbardziej równą drogę, jaką można sobie wyobrazić. Szła przed siebie pewnie i zdecydowanie. Po obydwu stronach, jakby wskazując kierunek, płonął ogień. Płonął długimi pasmami jak na pasie startowym.  

Kylie Page AKA Bonnie Kinz - 2

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...