1. Halo, czy tu rzeźnia?
-Halo, czy tu rzeźnia? Chwila ciszy i konsternacji. Zgadnijcie co usłyszał. -Jak chcesz, to mogę ci zaraz łeb upierdolić.
To był ostatni rok mojej nauki w szkole średniej. Zbliżająca się matura i studniówka tworzyły dziwną, ale przyjemną atmosferę. Czułem się wtedy taki bardzo dumny z siebie. Pomimo moich, licznych kompleksów, w tym akurat okresie, byłem pewny siebie i bardzo zadowolony z tego, co udało mi się już osiągnąć.
Śmiało można powiedzieć, że dla dziewiętnastolatka internat, jest bardzo specyficznym miejscem. Nie dość, że daleko od domu, to jeszcze całe mnóstwo kolegów, z którymi można robić różne, czasem dziwne, czasem niebezpieczne, rzeczy.
Żeby nie być gołosłownym, któregoś dnia, razem z kumplem, zadzwoniliśmy na milicję z aparatu zamontowanego na ścianie internatu. Układ był taki, że on miał powiedzieć coś śmiesznego, a ja miałem wybrać numer.
Oznajmiłem mu, że wykręcę trzy dziewiątki, czyli na pogotowie ratunkowe. To miał być taki żart, w naszym mniemaniu, bardzo śmieszny. Nie wiem, co mi przyszło do głowy, żeby zamiast 999 wybrać 997. Oczywiście nic mu nie powiedziałem. Trzymał słuchawkę w ręku, a kiedy usłyszał jakiś męski głos, odezwał się:
-Halo, czy tu rzeźnia?
Chwila ciszy i konsternacji. Zgadnijcie co usłyszał.
-Jak chcesz, to mogę ci zaraz łeb upierdolić.
Spojrzał na mnie kompletnie zaskoczony, a kiedy zorientował się z kim, tak naprawdę, rozmawiał, zbladł jak ściana i rzucił słuchawkę. Uciekliśmy w najdalszy koniec internatu, myśląc, że za chwilę przyjadą i nas spałują.
Takie to były czasy. Zamiast internetu, był internat, zamiast policji, milicja, a zamiast smartfonów, toporne aparaty na bilon, wiszące na ścianie. Nie dało się ukryć, że czułem się dość pewnie wśród moich znajomych. Internat był jak mój drugi dom. Znałem tu każdy kąt. Tu kwitło życie towarzyskie: spotkania koleszkami, wyskoki poza teren na jabłka do sadu, nielegalne zabawy w strzelanie z indiańskich rurek i wygłupy, kiedy tylko się dało. Czas płynął bardzo szybko i ciekawie, wszystko mieszało się niczym w kalejdoskopie. To było coś na miarę dorastającego chłopaka.
Szczególnie ważnym okresem był początek roku szkolnego. Wtedy zawsze działo się coś nowego, dużo rzeczy się zmieniało. Czasami na lepsze, czasami na gorsze. Między innymi, czego nie dało się ukryć, przychodzili uczniowie do klas pierwszych. Chociaż nas, ze zrozumiałych względów, interesowały raczej uczennice.
Sami rozumiecie, nowe, śliczne buzie, najczęściej bardzo nieśmiałe i zagubione, takie, którym trzeba pomóc, wskazać gdzie znajduje się biblioteka, basen, gabinet dyrektora i inne rzeczy. Oczywiście, im bardziej atrakcyjna laska, tym więcej adoratorów wokół siebie gromadziła. No cóż, hormony robiły swoje, niektórym testosteron zdawał się wypływać uszami. To chyba normalne, każdy wiek ma swoje prawa.
Wtedy to właśnie był czas na pierwsze, nieśmiałe miłości. Wtedy zawierało się nowe znajomości. Chociaż, chcąc być do końca szczerym, rzadko które zdołały przetrwać okres szkoły. No, ale kto wtedy nad tym się zastanawiał? Niektórzy z moich kolegów zakochiwali się jak motylki na wiosnę. Szybko tworzyły się nowe związki, pary damsko-męskie. To wtedy nazywało się “chodzeniem ze sobą”.
No cóż, jeżeli chodzi o mnie, fakty były raczej takie, że pomimo tego, iż byłem tak bardzo aktywny w swoim środowisku, nie mogłem znaleźć swojej drugiej połówki. Pomimo tego, że czułem się tam tak dobrze, że byłem bardzo towarzyski, empatyczny, że potrafiłem żartować i wygłupiać się, to tak naprawdę, nigdy nie byłem, używając tamtych standardów, z żadną dziewczyną. Jeśli można byłoby to tak określić, żadna się do mnie nie przykleiła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz