Szukaj na tym blogu

11 marca 2020

Projekt: "Przyszłość".


6. Płacimy panu za lojalność i milczenie.

-No więc, powiedzmy sobie… proszę pana, że płacimy panu… oczywiście oprócz pańskiego czasu i wysiłku… także za pana lojalność i milczenie. Teraz w moich oczach był jeden, wielki znak zapytania.  -Rozumie pan, ta kwota… kwota, która jest wymieniona w zaproszeniu, zawiera, no powiedzmy, między innymi też to, że po wyjściu stąd, wszystko to, co pan tutaj zobaczy i się dowie, zachowa pan dla siebie. 


W formularzu trzeba było podać standardowe dane osobowe takie jak: data urodzenia i miejsce zamieszkania. Do tego należało dołączyć kilka bardzo ogólnych informacji o stanie zdrowia oraz, trzy fakty z własnej biografii. Może nie było to nic szczególnego, ale, biorąc pod uwagę to, jak często nasze dane osobowe są wykorzystywane do niewłaściwych celów, zastanawiałem się, dlaczego właściwie, interesuje ich moja przeszłość. Chcieli wiedzieć, gdzie się wychowywałem i jakie miałem dzieciństwo. Nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób mogło się wiązać to z tym, co miałem dla nich wykonywać. 
Wszystkie papiery wypełniłem dość rzetelnie, tak naprawdę, nie wiedząc, jaki pożytek chcą z tego zrobić. Chociaż, z drugiej strony, teraz żądają od nas takich dziwnych informacji, że w pewnym momencie wszystko przestaje wzbudzać wątpliwości.  Oczywiście, obawiałem się jak każdy normalny człowiek. No, ale cóż, chciałem się dowiedzieć, co będzie dalej, więc czekałem cierpliwie. Właśnie wtedy, pojawił się ponownie i wziął kartki. 
Poszedł i nie było go znowu jakiś czas. Tym razem dłużej, bo jakieś czterdzieści minut. Siedzieliśmy i czekaliśmy cierpliwie. W końcu, zamiast faceta, pojawiła się kobieta w średnim wieku. Zamiast zwrócić się do wszystkich, podeszła tylko do mnie. 
-Pan Robert Gołębiewski, - powiedziała.
-Tak, to ja, - skinąłem głową. 
-Zapraszam pana, - wskazała ręką korytarz przed sobą. 
Podekscytowany, wstałem i ruszyłem za nią. Znów szliśmy jakimś długim przesmykiem. Tym razem w znajdowaliśmy się środku budynku. Była dość zgrabna. Poruszając się tuż za nią, bezwstydnie gapiłem się na jej tyłek. Myślałem, jakie to też atrakcje mnie jeszcze czekają. 
W końcu zaprowadziła mnie do jakiegoś pokoju. To było zwykłe biuro, bez jakichkolwiek znaków szczególnych, bez czegokolwiek, co mogłby zdradzać przeznaczenie tej instytucji. Pod ścianami otwarte regały, a na nich całe serie różnokolorowych segregatorów. Przywitał mnie tam jeszcze inny mężczyzna. Był tak samo uprzejmy, ale powściągliwy jak cała reszta tutejszych pracowników. Przedstawił się jako Eugeniusz. Nazwiska nie zdołałem zapamiętać. Poprosił, aby usiąść na krześle przed nim. 
-Panie Robercie, - odezwał się, - chcieliśmy pana zaprosić do wzięcia udziału w eksperymencie o kryptonimie “Przeszłość”.
Zrobiłem oczy, jak pięć złotych. 
-Słucham?! Jakim eksperymencie?! Do czego chcieliście mnie zaprosić?
Widać nie chciał powodować we mnie paniki, bo od razu się odezwał: 
-Spokojnie, niech się pan nie denerwuje. Zaraz panu wszystko wyjaśnię.
Dla mnie wszystko zaczynało nosić znamiona jakiejś paranoi albo farsy.  
-No, mam nadzieję, - powiedziałem, - no, bo wie pan, jak na razie, to dziwnie to trochę wygląda. Przyzna pan. 
-Tak, oczywiście, - powiedział, spoglądając w papiery rozłożone na biurku, - ja wszystko rozumiem. Niech pan nam wybaczy, może jesteśmy trochę mało taktowni, ale naprawdę, nie ma w tym nic podejrzanego. Nie musi się pan niczego obawiać. Chcieliśmy, po prostu, zachować jak największą ostrożność.
-Ach tak, ostrożność, - bąknąłem, - to wszystko wyjaśnia.
-Wie pan…. to dlatego, że nasz projekt, - w tym miejscu podrapał się w głowę, - tak… tak to można określić, no właśnie…  projekt jest jeszcze w fazie wstępnych testów. Lepiej więc, żeby jak najmniej od osób o nim wiedziało. 
Patrzyłem na niego, jak wół na malowane wrota. Kiedy zorientował się, że jestem coraz bardziej skołowany, zaczął z innej beczki:
-No, co ja będę panu tłumaczył. Sam pan wie, konkurencja nie śpi, na patenty trzeba czekać latami… wszystko kosztuje mnóstwo pieniędzy, więcej niż pan sobie wyobraża… 
-Aha, no tak… i co z tego? - żachnąłem się. 
-No więc, powiedzmy sobie… proszę pana, że płacimy panu… oczywiście oprócz pańskiego czasu i wysiłku… także za pana lojalność i milczenie.
Teraz w moich oczach był jeden, wielki znak zapytania. 
-Rozumie pan, ta kwota… kwota, która jest wymieniona w zaproszeniu, zawiera, no powiedzmy, między innymi też to, że po wyjściu stąd, wszystko to, co pan tutaj zobaczy i się dowie, zachowa pan dla siebie. Mam nadzieję, że pan to rozumie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...