125. Zachłanna nimfomanka.
Rzuciła się na mojego fiuta, jak zachłanna nimfomanka, szeroko otwierając usta. Pochłaniała trzon, nie prostopadle, ale wzdłuż. Jechała swoimi, szeroko otwartymi, ustami w jedną i w drugą stronę, liżąc go, ssąc jak wielką buławę.
Chwyciłem ją mocno za ramiona i przytrzymałem. Następnie podciągnąłem do siebie i poprawiłem pozycję. Ugiąłem nogi w kolanach i zacząłem uderzać coraz szybciej, coraz gwałtowniej.
I raz, i dwa, i raz, i dwa, i raz, i dwa…
-Och Julka, Julka, Julka! - wzdychałem coraz głośniej.
Było mi coraz lepiej, coraz przyjemniej, coraz bardziej odwoływałem w niebyt rzeczywistości.
-Och, och, och!!! - odpowiadała takimi samymi westchnieniami.
Odgłosy rozkoszy z każdą chwilą stawały się coraz bardziej namiętne i gorące. W końcu jej dłonie zsunęły się z dość śliskiej, framugi. Widziałem, że nie może utrzymać równowagi. Przytrzymałem ją za ramiona i, w ten sposób, nawet z niej nie wychodząc, przemieściliśmy się bliżej wanny. Oparła się o jej brzeg i jeszcze szerzej rozstawiła nogi.
W odpowiedzi chwyciłem ją za biodra i zacząłem posuwać równo i miarowo, raz, zarazem.
Nie wiadomo kiedy, znaleźliśmy się w wannie. Nie potrafię tego dokładnie określić. Można powiedzieć, że to było jak przebłysk, taki przeskok od jednego stanu do drugiego. Ta szaleńcza zabawa zdawała się nie mieć końca.
Stałem w tej wodzie, a ona klęczała. Nie wiem, co się ze mną działo, co mnie wtedy napadło. Wiem tylko, że jej twarz znajdowała się dokładnie na wysokości mojego twardego, sztywnego kutasa.
Tak naprawdę, nie umiem powiedzieć, w którym momencie zgubiłem tę prezerwatywę. Nie miałem jej na sobie. Nie wiem, czy ona mi ją ściągnęła, czy też może ja sam, w jakimś dziwnym, opętańczym amoku się jej pozbyłem.
Tak czy inaczej, klęczała przede mną w tej wannie: piękna i podniecająca. Tak bardzo pobudzała moje zmysły, że w żaden sposób nie byłem w stanie powstrzymać swojej żądzy.
Klęczała przede mną. Zdążyła tylko otworzyć usta. Otworzyła je bardzo szeroko, a ja opuściłem się nieco na kolanach. Obniżyłem swoją pozycję i rozstawiłem szeroko nogi, tak, żeby nie stracić przy tym równowagi. Chwyciłem za swojego, wielkiego, sztywnego chuja. Chwyciłem go w garść: mocno, pewnie i zdecydowanie. Drugą dłonią ująłem ją za tył głowy tak, żeby mi się nie odsunęła, żebym miał nad nią pełną kontrolę.
Nie wiem, jak to się stało. Nie zdążyła się jeszcze zorientować, w czym rzecz, a ja już pchałem swojego fiuta jej słodką, gorącą buzię. Pchałem bezceremonialnie, zachłannie w sposób zuchwały i bezczelny. Nie dawałem żadnych szans na jakąkolwiek inną reakcję, niż tylko przyjęcie mnie jak najgłębiej.
Zresztą, ona sama, w ogóle, się nie broniła. W żaden sposób nie stawiała oporu. Zdawała się współpracować ze mną. Zgodnie i w każdym szczególe dążyliśmy do celu. Działaliśmy, tak jakbyśmy byli jednym organizmem, całością, doskonale zgranymi kochankami. Ponadto, to wszystko zdawało się nie mieć początku i końca. To było, szaleństwo totalne, które zawładnęło nami gdzieś w którejś sekundzie tego cudownego aktu.
Rzuciła się na mojego fiuta, jak zachłanna nimfomanka, szeroko otwierając usta. Pochłaniała trzon, nie prostopadle, ale wzdłuż. Jechała swoimi, szeroko otwartymi, ustami w jedną i w drugą stronę, liżąc go, ssąc jak wielką buławę.
Zbliżała się do samych jaj, to znów przysuwała do wielkiej, oplatającej łeb, żyły i znów wracała. Kiedy puściłem swojego wielkiego drąga, ona starała się go chwycić jak ryba haczyk, jak dziecko smoczek. Szukała go po omacku z zamkniętymi oczami, z szeroko otwartymi ustami, bojąc się, że go zgubi i już go nie znajdzie. 

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz