215. Gdzie mogą być leki?
-Poczekaj, poczekaj… gdzie mogą być leki? Hmmm… w pokoju wychowawców, lub u kierownika internatu. Sam kiedyś widziałem u niego dobrze zaopatrzoną apteczkę. Myślę, że on coś ma. Zerknęła na mnie z zaciekawieniem. -U kierownika? Jeszcze raz się uśmiechnąłem. Miałem pomysł. -No tak. Tylko, jak tam się dostać? Poczekaj, niech pomyślę. Z bratem już kiedyś żeśmy się do niego włamali…
-Jak się czujesz? - spytałem z troską.
Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała:
-Wiesz, nie jestem pewna. Niby wszystko w porządku…
-Ale… ?
-Jeszcze trochę boli mnie głowa i gardło.
-W takim razie, nie wygląda to najlepiej. Pokaż…
Dotknąłem jej czoła.
-Gorące. Zdaje się, że jesteś przeziębiona. Za lekko się ubierasz. Jest już za zimno, żeby chodzić bez ciepłej kurtki.
Zrobiła minę małego dziecka. Widocznie spodobało się jej to co powiedziałem.
-Wiem. Wiem przecież.
Uśmiechnąłem się i trąciłem ją w nos.
-Wiesz co, trzeba zorganizować jakieś leki, - stwierdziłem.
Spojrzała na mnie zdziwiona. Nie bardzo wiedziała, o co mi chodzi.
-Jakie leki?
Chwyciłem ją za ramiona i spojrzałem głęboko w oczy.
-Ojej! No, coś na bazie paracetamolu.
Nadal nie była w temacie.
-Na bazie paracetamolu?
Rozczulała mnie. Nie mogłem się oprzeć, aby nie pocałować jej w czoło.
-No tak. Tylko takie są do dyspozycji bez recepty, - wyjaśniłem.
Wciąż nie wiedziałem, czy rozumie, o co mi chodzi.
-Aha… - westchnęła.
Myślałem nadal.
-Poczekaj, poczekaj… gdzie mogą być leki? Hmmm… w pokoju wychowawców, lub u kierownika internatu. Sam kiedyś widziałem u niego dobrze zaopatrzoną apteczkę. Myślę, że on coś ma.
Zerknęła na mnie z zaciekawieniem.
-U kierownika?
Jeszcze raz się uśmiechnąłem. Miałem pomysł.
-No tak. Tylko, jak tam się dostać? Poczekaj, niech pomyślę. Z bratem już kiedyś żeśmy się do niego włamali… Poczekaj, poczekaj, muszę poszukać. Nie wiem, czy jeszcze są. To już tyle czasu.
Jej zaciekawienie wzrosło jeszcze bardziej.
-Ale co?! - rzuciła.
Nie odpowiedziałem. Myślałem intensywnie. Teraz niezbędne informacje czerpałem z pamięci tego mojego młodszego ja. Dojrzała osobowość przebywała tu zbyt krótko. Mimo to, wiedziałem, pamiętałem, że swojej historii, że takie zdarzenie miało kiedyś miejsce. Na pewno miało. Teraz udostępnił mi zasoby swojej pamięci. Sięgnięcie tam, nie było wcale takie trudne, aczkolwiek nieco dziwne.
-Gdzie może być ta torba? - powiedziałem sam do siebie.
Teraz już na dobre rozbudziłem jej ciekawość.
-Jaka torba?
-No, taka po cukrze.
W jej oczach był jeden wielki znak zapytania.
-Po cukrze???
-Tak. Kiedyś, jak zgubiliśmy klucze od naszego starego pokoju, recepcjonistka dała nam taką torbę. Była pełna takich nieużywanych- tłumaczyłem.
-No, co ty powiesz, naprawdę? - zdziwiła się.
-Tak.
-No i co?
-No, wiem, że wtedy dopasowaliśmy aż trzy do naszych drzwi i… wiesz co?
-Co?
-Kilka z nich otwierało drzwi do pokoju kierownika internatu.
Jej oczy zrobiły się duże.
-No co ty? Nie żartuj, masz klucze do pokoju kierownika internatu?!
-No, powinny tam być. Trzeba tylko znaleźć tą torbę. pomożesz mi szukać?
Poszukiwania trwały kilka minut, ale okazały się owocne. Torba znalazła się w jakimś kartonie z książkami, których jeszcze nie zdążyłem rozpakować, przeprowadzając się tutaj. Tak więc mieliśmy już klucze.
-Dobra, zaraz wracam, - powiedziałem.
-Poczekaj, - odezwała się.
Zatrzymałem się w wejściu.
-O co chodzi?
-Idę z tobą, - stwierdziła.
Nie chciałem jej ciągnąć. Była przecież chora.
-Nie. Zostań.
Uparła się.
-Idę.
Myślałem, że ją jeszcze przekonam.
-Mówię, zostań, - nakazałem.
Miała jednak swoje zdanie.
-E-e, ale ja idę, - postanowiła.
Coraz bardziej mi się podobała.
-Uparciuch mały. Ale ty jesteś, przecież, jak wpadnę…
Wiedziała, czego chce.
-E tam, idę z tobą.
-Och, dziewczyno, uparta jesteś.
-Jestem i co?
-No dobra, chodź, tylko się jakoś ubierz jakoś.
-W porządku, - kiwnęła głową.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz