216. Ktoś mu podprowadził fanty.
To prawda, że byłem tu już dwa, czy trzy razy. Ostatni z bratem, jak ten chciał odzyskać skonfiskowaną procę i papierosy. Oczywiście, kierownik się nie zorientował, że ktoś mu podprowadził fanty.
Ubrała się w kilka sekund i ruszyliśmy przez korytarz. Uważnie się rozglądaliśmy, czy aby nikt nie zwraca na nas specjalnej uwagi. Czuliśmy się jak w jakimś filmie sensacyjnym. To było jak napad na bank. Niesamowita zabawa, ale liczył się przede wszystkim efekt końcowy. Udało się.
Jak się okazało, przeszliśmy prawie niezauważeni. Zdążyłem tylko spostrzec, że jest już po śniadaniu. “No tak przecież jeszcze nic nie jedliśmy. W brzuchu mi burczy”, - pomyślałem. Jedyne, co zdążyłem zauważyć to to, że kucharka patrzyła na mnie jakimiś dziwnymi oczami. Kiedy przeszliśmy obok, uśmiechnęła się porozumiewawczo, a tuż za swoimi plecami usłyszałem jej głos:
-Ten to ma powodzenie. Jeszcze wczoraj prowadzał się z inną dziewczyną.
“Ano mam”, - pomyślałem i udałem, że tego nie usłyszałem. W sumie, to było bardzo miłe. Machnąłem tylko ręką na znak, że za chwilę będziemy wracać i wtedy zobaczymy, czy zostało coś jeszcze do jedzenia. Znając te panie na pewno zostało. One dbały o nas jak o własne dzieci. Znaczy o mnie i o mojego brata. Jak już wcześniej wspominałem pomagaliśmy im przy każdej możliwej okazji w różnych kuchennych pracach.
Gabinet kierownika internatu znajdował się na skrzydle żeńskim, a na skrzydło żeńskie trzeba było przejść przez stołówkę. Stołówka to było bardzo duże przeszklone pomieszczenie i, zazwyczaj, znajdowało się tu przynajmniej kilka osób. Trudno było przez nie przejść tak, żeby ktoś cię nie zauważył. Teraz, jakimś dziwnym trafem, nie było nikogo oprócz wspomnianych wcześniej kucharek. Więc wszystko szło po naszej myśli. Jak naj mniej świadków.
Po pokonaniu stołówki znaleźliśmy się na korytarzu internatu żeńskiego. Dla mnie wtedy to był inny świat: lepszy, ciekawszy. Pokój kierownika mieścił się na parterze. Brat, jako większy cwaniak ode mnie nie tylko znalazł i dopasował odpowiednie klucze. Oznaczył je także czerwoną zawieszką, żeby było wiadomo które to. Tak więc teraz nie trzeba było specjalnie się wysilać. Akcja była bardzo prosta. Trzeba było po prostu tam wejść.
Nerwowo rozejrzałem się dookoła. Musiałem być pewny, że nikt na nas nie patrzy. To była podstawowa zasada. Wpadka mogłaby mnie drogo kosztować. Włam do najważniejszej osoby w internacie?! Kierownik nie tolerował takiego zachowania i mogło to się skończyć, nawet, wyrzuceniem. Nie mogłem sobie na to pozwolić, ponieważ mieszkałem bardzo daleko i dojazdy nie wchodziły w ogóle w grę.
Zdawałem sobie sprawę dużego ryzyka, ale sytuacja tego wymagała. Tak mi się przynajmniej wtedy zdawało. Poza tym nie miałem zamiaru brać niczego więcej. Jak by na to nie patrzeć, nie byłem złodziejem. To chyba nawet nie był grzech w rozumieniu kościoła katolickiego. W ten sposób myślało moje młodsze ja. Dziewczyna, z którą byłem i za którą czułem się odpowiedzialny, źle się czuła. Chciałem jej pomóc. Nie widziałem w tym żadnego prywatnego zysku.
Trzeba zacząć od tego, że wtedy to były zupełnie inne czasy. Do przychodni w mieście bardzo ciężko było się dostać. Każdy miał swój region, a ja mieszkałem gdzie indziej. Co prawda nasz lekarz przyjmował w szkole, ale w tej chwili szkoła była zamknięta. Była przecież niedziela. W poniedziałek to ona i tak by poszła do medyka, ale co teraz? Trzeba było jej jakoś pomóc. Nie chciałem czekać jeszcze jednego dnia. Po jakie licho miała cierpieć?
Kiedy weszliśmy, powitał nas miły zapach. Tu zawsze pięknie pachniało. Kierownik był pedantem pod względem czystości. Okno było delikatnie uchylone, więc w środku było świeże, pachnące powietrze. Pod oknem, na wprost drzwi wejściowych, stała ogromna, skórzana kanapa. Nieco z boku było biurko, takie staroświeckie, ale dość ładne. Obok biurka zwykłe krzesło. Na biurku leżało trochę papierów. Zdaje się to były jakieś dokumenty i notatki. Zdążyłem zauważyć, że był tam też dziennik jakiejś klasy. Nie miałem czasu, aby przyjrzeć się, której. Nasz kierownik był też nauczycielem w szkole. Uczył języka polskiego. Tak na marginesie, był dobrym nauczycielem i, jako takiego, bardzo go lubiłem.
Kiedy Marzena weszła do środka, odezwała się z podziwem:
-Łał, ale tu jest super!
-E, tam, nic takiego, - odpowiedziałem, chcąc podnieść w jej oczach swoje ego.
To prawda, że byłem tu już dwa, czy trzy razy. Ostatni z bratem, jak ten chciał odzyskać skonfiskowaną procę i papierosy. Oczywiście, kierownik się nie zorientował, że ktoś mu podprowadził fanty. Zazwyczaj nie zwracał na takie rzeczy większej uwagi. My ich, po prostu, mieliśmy nie mieć. Zakazane rzeczy wrzucał do jakiejś szuflady i zapomniał. Brat o tym doskonale wiedział i kiedy upłynęło trochę czasu postanowił odebrać “aresztowane” przedmioty.
Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że wcale nie mamy aż tak wiele czasu i musimy działać szybko. Od razu spostrzegłem zawieszoną na ścianie dużą skrzynkę z napisem: Apteczka pierwszej pomocy”. Kiedy ją otworzyłem, okazało się, że były tam leki przeciwbólowe, przeciwgorączkowe i różne inne. Po przeczytaniu składu zorientowałem się, które mogą być pomocne w naszej sytuacji.
Bez zastanowienia wziąłem po listku każdego z nich, zamknąłem za sobą drzwi i, niezauważeni, niepokojeni przez nikogo, skierowaliśmy się z powrotem na stołówkę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz