371. Umieram z rozkoszy.
-Och moja mała, moja malutka, tak bardzo cię pragnę. Och jak głęboko w ciebie wnikam. Och jak mi jest dobrze. Umieram z rozkoszy. Och, och, chcę więcej. Więcej, rozumiesz? Chcę jeszcze więcej. Daj mi siebie w całości. Daj mi wszystko, co posiadasz, - mamrotałem półprzytomnie.
Wiedziałem, że trzeba trzymać ją gdzieś w tych okolicach. Wiedziałem, że trzeba utrzymywać cały jej ciężar właśnie w ten sposób. Zważywszy na moją dość mizerną budowę rzadko to robiłem. Przynajmniej do tej pory.
Teraz, to znaczy od momentu, kiedy tutaj trafiłem, to się zmieniło i mogłem pozwolić sobie na dużo więcej. Przy niej czułem się jak prawdziwy gladiator. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że w nie powinno być to takie trudne. Wystarczyło tylko spojrzeć. Moje łapy były wielkie jak łopaty, ramiona silne, mocno umięśnione. Podnoszenie i opuszczanie tej drobniutkiej dziewczyny nie powinno przysparzać mi absolutnie żadnego k łopotu.
Nie pomyliłem się radość i satysfakcja, która temu towarzyszyła była nie do opisania. Więc przybrałem taki rytm: góra-dół, góra-dół… Wnikałem w nią głęboko, bardzo głęboko. Tak jak już wcześniej napisałem, miałem wrażenie, że wchodzę w jej trzewia, że mój kutas dociera gdzieś do przepony. Jednak zdawałem sobie sprawę, że z fizycznego punktu widzenia nie było to chyba możliwe. Człowiek nie jest tak zbudowany. Na pewno nie jest. Chyba że… No właśnie, chyba że jest… Nie, to niemożliwe.
Jednak ta myśl wracała. Wracała tym silniej im silniej próbowałem ją od siebie odpychać. Nie mogłem na nic poradzić. “No dobra seks, seks i przede wszystkim seks. Seks musi trwać. To jest przecież porno”, - myślałem. Tak się czułem.
Czułem, że mam jakąś rolę do spełnienia tutaj, w tym świecie. Nie wiedziałem skąd to się bierze. To znaczy nie wiedziałem skąd się biorą te myśli. Wiedziałem, że tak jest i trudno to jakoś racjonalnie wyjaśnić. Wiedziałem, że moje życie będzie zależało od seksu. To przeczucie było jakieś dziwne, ale czułem, że nie należy tego za bardzo drążyć.
“Chyba tak już jest. No to co, jedziemy z tym koksem?” - znowu przewinęło się w mojej głowie.
Unosiłem ją i opuszczałem najpierw powoli i delikatnie a później coraz szybciej i szybciej. Rytm rósł stopniowo i łagodnie. Wszystko zdawało się przebiegać własnym tempem, tempem, którego nikt nie narzuca, a jednak z każdą sekundą miałem wrażenie, że to odbiera mi zdolność normalnego, racjonalnego myślenia.
Chlup, chlup, chlup… rozchodziły się głośnie dźwięki. Pewnie było je słychać na całym magazynie. Pomimo tego, że był taki duży, a może właśnie dlatego niosło się jakieś strasznie głośne echo.
Chlup, chlup… Zapach, ten zapach, tak doskonale go znałem. Mieszanina słodkiej podnieconej cipeczki i mojego kutasa z lekką domieszką potu, mojego i jej. Byliśmy już mocno spoceni. Ta specyficzna woń rozchodziła się wokół i drażniła moje nozdrza. Sprawiała, że byłem jeszcze bardziej podniecany.
-Och moja mała, moja malutka, tak bardzo cię pragnę. Och jak głęboko w ciebie wnikam. Och jak mi jest dobrze. Umieram z rozkoszy. Och, och, chcę więcej. Więcej, rozumiesz? Chcę jeszcze więcej. Daj mi siebie w całości. Daj mi wszystko, co posiadasz, - mamrotałem półprzytomnie.
Góra-dół, góra-dół… chlup, chlup, chlup…
-Och, och, och…
To wszystko zdawało się nie mieć początku i końca. Zdawało się trwać od zawsze i jakby nigdy nie miało się skończyć.
-Och tak, tak, jeszcze, jeszcze…
Góra-dół, góra-dół… Ona także była już bardzo podniecona. Wzdychała i jęczała coraz donośniej. Jej westchnienia i jęki były niesamowicie słodkie, przeszywały całe moje jestestwo i docierały gdzieś do głębi duszy. Na pewno do najgłębszych pokładów mojego podniecenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz