12. No właśnie Liwiec.
No właśnie Liwiec. Płytka, malowniczo położona rzeka w dawnym województwie siedleckim wijąca się wśród łąk i zarośli. Doskonała na wypady całymi rodzinami. Nawet z małymi dziećmi. Woda nie głębsza niż do kolan. Mnóstwo plaż i uroczych zakątków gdzie można rozstawić namiot, czy rozpalić ognisko.
-Teresa. Do jasnej cholery, chodź tu głupi dzieciaku! - zawołał jeszcze raz.
Teresa wreszcie stanęła obok niego.
-Co chcesz? - rzuciła tak, jakby w ogóle nie chciała być w tym miejscu.
-Teresa, weź się wreszcie do jakiejś roboty, bo mnie szlag trafi, - warknął jeszcze ostrzej.
Dziewczyna dość obojętnie rozejrzała się dookoła. Nie widziała, labo nie chciała widzieć, że może być tu jakiekolwiek zajęcia dla niej.
-Do jakiej roboty, - fuknęła niezadowolona.
Zmarszczył brwi. Był coraz bardziej zdenerwowany.
-Ja ci to mam tłumaczyć głupia dziewczyno?! Zobacz, ile drewna jest do układania. Zawołaj Staśka i Roberta i zabierzcie się wreszcie do jakiejś porządnej pracy.
Córka spojrzała na niego ze złością. Widać było, że i ona ma swoje zdanie an ten temat.
-Kurde znowu coś wymyślił, - westchnęła, odchodząc niezadowolona, - sam całymi dniami leży w łóżku albo wódkę chla, a teraz się na mnie wydziera. Co on sobie myśli, że ja jakaś służąca?!
Pomimo jej biernego oporu już po chwili cała trójka niezdarnie układała duże jak dla nich klocki drewna pod ścianą stodoły. To była ciężka praca, ale ojciec nie dał dobrego przykładu i nie popracował zbyt długo. Jak się okazało, rąbanie drewna było zbyt ciężkie jak dla niego. On tylko lubił mieć władzę. Szczególnie kiedy był pod wpływem alkoholu. Jego zapał szybko osłabł. Po kilku minutach poczłapał ciężko w stronę domu.
-Janina, - zawołał do żony, - mamy w domu jakieś piwo albo co?! Suszy mnie jak jasna cholera. W tym upale nic robić się nie da.
Matka wyszła przed chałupę. Ona także nie była zadowolona. Najchętniej walnęłaby go ścierką przez łeb.
-Piwo. Patrzcie, piwa mu się zachciało! Ochlajtus jeden! A skąd ja ci mam wziąć niby piwo?! Na jedzenie nie ma, a ty piwa szukasz?! Dzieci goni do roboty a sam leży do góry brzuchem. Przyniósłbyś od czasu do czasu parę groszy na chleb czy co, a nie tylko piwo i piwo… Popatrz tylko, niedługo koniec wakacji. Teresie trzeba książki kupić.
***
Po kilku dniach znowu zjawiliśmy się u nich ponownie. Tym razem we trzech. Sami, bez matki i bez nadzoru. Byliśmy, z resztą jak zwykle, rezolutni, rozbawieni i pewni siebie. Oczywiście na tyle na ile pozwalały tamte okoliczności. No ale z drugiej strony czym mieliśmy się przejmować? Były przecież wakacje, gorące, upalne wręcz lato a my co jakiś czas wybieraliśmy się nad wodę, żeby się wykąpać. Zwykle była to jakaś sadzawka albo staw w okolicy, ale ostatnio, sporo tego typu zbiorników wyschło, a my skumaliśmy, że można przecież jeździć nad pobliską rzekę. To było tylko kilkanaście kilometrów od naszego domu. Rzeka to był raj wymarzony, nasze Eldorado a my byliśmy jak burza. Nie można było nas zatrzymać.
Do tej po tej pory matka sama nie chciała nas nigdzie puszczać dalej niż kilometr od domu. Trzy lata temu kiedy bardzo marudziliśmy, zawiozła nas nad Liwiec. Później zawsze jeździliśmy właśnie z nią. Kiedy byliśmy mniejsi, było w porządku, ale teraz to byłby obciach. Bujać się ze starą kiedy laski łażą obok…
No właśnie Liwiec. Płytka, malowniczo położona rzeka w dawnym województwie siedleckim wijąca się wśród łąk i zarośli. Doskonała na wypady całymi rodzinami. Nawet z małymi dziećmi. Woda nie głębsza niż do kolan. Mnóstwo plaż i uroczych zakątków gdzie można rozstawić namiot, czy rozpalić ognisko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz