11. Tak jakby z budy od psa.
Nie wiem, jak mógł grać w tym zespole, o którym wspominała Teresa. Ciężko było u niego z higieną osobistą. Z daleka od niego śmierdziało nie tylko wódką, ale i czymś innym bardzo nieprzyjemnym. Tak jakby z budy od psa.
Jej ojciec? Cóż mogę o nim powiedzieć? To był taki typ… nie wiem dalszego, ale nigdy w jego domu nie mówiło się o nim wprost. Zawsze tak jakoś w trzeciej osobie. Jakby był i jak go nie było. Jakby był gdzieś dalej nie z nimi. Chociaż z drugiej strony zdaje się, że chyba w istocie tak było. Jeśli miałbym go teraz określić, z perspektywy czasu mógłbym powiedzieć po prostu, że to był pijaczek, zwykły pijaczek. Zaraz, zaraz, niech się zastanowię. Może jednak nie. Było w nim coś jeszcze, coś więcej. Coś nieuchwytnego. Coś, co widziałem w jego córce. Nie umiem tego nazwać. Nie poznałem jego historii i może i szkoda. No cóż, takie jest życie.
Bez dwóch zdań był alkoholikiem. Nie trzeba było eksperta. Już wtedy o tym wiedziałem. Może akurat tak tego nie nazwałem, ale jednak. Nigdy go nie było w domu, a jeśli już był to wszczynał karczemne awantury. Inna sprawa, że dzieciaki aż tak bardzo się go nie bały. Wszystko było raczej na pokaz. Chociaż może tylko ja to tak odbierałem. Uciekały z piskiem po kątach, gdzie tylko się tylko dało. Niby przerażone, ale tak naprawdę śmiały się do rozpuku. Może to była ich obrona przed przemocą? Śmiały się z niego, a mnie po plecach biegały zimne dreszcze.
Ile mógł mieć wtedy lat? Na pewno koło pięćdziesiątki. Tak mi się wydaje. Jednak patrząc na to, ile lat miały jego dzieci, mógł być trochę młodszy. Był zniszczony alkoholem, złym stanem zdrowia i prowadzenia się. Poza tym był niewysoki z lekkim brzuszkiem. Kiedy wszedł, sapał, pocił się, szczególnie latem.
Nie wiem, jak mógł grać w tym zespole, o którym wspominała Teresa. Ciężko było u niego z higieną osobistą. Z daleka od niego śmierdziało nie tylko wódką, ale i czymś innym bardzo nieprzyjemnym. Tak jakby z budy od psa. Chodził w niebieskim podziurawionym jak sito podkoszulku, z nazwą jakiejś kapeli, której nie dało się odczytać i którego nigdy nie zmieniał. Nie dlatego że nie miał w co się przebrać, ale dlatego, że mu się nie chciało. Był przyzwyczajony do tej starej znoszonej szmaty. Na jego głowie włosy się już przerzedziły. Zaczynał świecić już łysiną. Chodził, kołysząc się jak kaczka z jednej strony na drugą, klął jak szewc. Trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś mógł być innym człowiekiem.
Tego dnia nie wiedzieć czemu postanowił trochę popracować. To było dziwne jak na niego. Za rozpadającą się, przewracają stodołą, stał duży toporny pień. Zapewne po jakiejś starej gruszy wykastrowanej nieopodal. Były tam też dwa koziołki do cięcia drewna zbite z nieociosanych belek na kształt krzyżaków. Podkładał gałęzie i rżnął je ręczną piłą na mniejsze kawałki. Gałęzie przyciągała jego żona z pobliskiego zagajnika. Wszędzie pachniało sosnową żywicą. Nawet przyjemnie. Z zacięciem rozłupywał klocki na mniejsze kawałki mogące się zmieścić do starej rozpadającej się kuchni. Drzewa było dużo. Musiało być dużo jeśli miało starczyć na całą zimę. Na węgiel nie było ich stać. Część leżała na nieregularnej stercie nieopodal pieńka do rąbania a część poukładana była pod ścianą stodoły od południowej strony.
-Teresa! - usłyszałem jego ochrypły głos.
Teresa nie zareagowała. Biegała jak szalona z pozostałym rodzeństwem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz