40. Fioletowa gałąź.
Fioletowa gałąź zakończona była głowicą podobną do żołędzi męskiego członka, ale dużo grubsza. Była gładka, mimo swoich rozmiarów delikatna. Jej powierzchnia uginała się przy najmniejszym dotknięciu. Wysuwała się z jej cipki prawie całkowicie i atakowała z niesamowitą szybkością.
Czuła się odczłowieczona, pozbawiona godności, jednak tak było dobrze, tak było ok, nie chciała inaczej, nie chciała tego zmieniać. Przez jej umęczone ciało przepływała seria gwałtownych, nieznanych jej do tej pory, odczuć i doznań. Jeżeli miałaby umrzeć, to właśnie teraz, w tej chwili. Pragnęła zjednoczyć się z tym czymś.
Przestała już kontrolować cokolwiek. Odgłosy, które wydawała, były tylko odruchami, a ona tylko strzępkiem mięśni i kości. Zapadała się w sobie.
-I-i-ia-a… - krzyczała.
Jej cipka ciasnym uściskiem obejmowała fioletowego węża. Wdzierał się w nią, odgarniając majteczki na jedną stronę.
-I-gu-gu… - wyrzuciła z siebie.
Chlap, chlap, chlap…
Jej ciało unosiło się i opadało pod wpływem kolejnych, mocnych pchnięć. Wydawało się, że dziewczyna już więcej nie jest w stanie wytrzymać, że za chwilę skapituluje całkowicie, lecz w coraz mniejszym stopniu była sobą. Skazana na wieczne męczarnie, zdawało się, że nie mogła już nawet podjąć takiej decyzji.
Koszmar nieustającej, gigantycznej rozkoszy trwał. Tak jakby była zrzucona na samo dno najstraszniejszych piekieł, niezdolna do jakiejkolwiek obrony i niemogąca się jej znikąd spodziewać.
Odgłosy jej westchnień, jęków, i stęknięć były coraz cichsze, coraz słabsze, a obcy nie okazywał żadnego współczucia.
W pewnym momencie wydawało się, że całkowicie straciła już przytomność, a dźwięki, które wydawała, były tylko automatycznym wyrzutem powietrza pod wpływem ruchów jej ciała. Wydawałoby się, że obcy pastwi się już tylko nad nieżywą, bądź nieprzytomną Ziemianką.
Czas płynął. Posunięcia następowały jedno po drugim. Za każdym razem słychać było przyciszone jęki. Gruby kutas, wypełniający jej cipkę, spęczniał jeszcze bardziej i pojawiło się na nim jeszcze więcej wypukłości i żył.
Został sam. Cieńszy, który mu towarzyszył, gdzieś zniknął, a on przygotowywał się do kolejnej fazy swojego zadania. Walił z całych sił, rzadziej, ale jeszcze mocniej. Jakby chciał wbić się w jej macicę.
Jej jęki były już tylko odgłosami konającego zwierzęcia. Gruba pyta zdawała się rozrywać jej delikatną muszelkę. Pchnięcie za pchnięciem… coraz mocniej, z coraz większą premedytacją.
Chlup, chlup, chlup…
Zwierzęcy seks, trwający orgazm… jej i jego.
-Iiiiiiiuuuuuu!!! - wyła.
Chlup, chlup, chlup…
Fioletowa gałąź zakończona była głowicą podobną do żołędzi męskiego członka, ale dużo grubsza. Była gładka, mimo swoich rozmiarów delikatna. Jej powierzchnia uginała się przy najmniejszym dotknięciu. Wysuwała się z jej cipki prawie całkowicie i atakowała z niesamowitą szybkością. Jej norka rozszerzała się i kurczyła za każdym takim ruchem. Przeżywała niesamowite katusze trudnej i do wytrzymania rozkoszy.
-Ommm-ommm, - zawodziła.
Chlup, chlup, chlup…
Jej usta także były wypełnione po brzegi. Wydawało się, że to wszystko nigdy nie będzie miało końca. Wydawało się jej, że jest zawieszona między czasem a przestrzenią w czarnej, kosmicznej próżni. Nie wiedziała już, nawet kiedy to wszystko się zaczęło. Minutę temu, pół godziny, czy może całą wieczność?
Chlup, chlup, chlup…
W pewnym momencie jej jęki stały się głośniejsze i bardziej przeciągłe. Jakby chciała powiedzieć: Ja już nie chcę. Puść mnie. Lecz obcy nie przestawał. Ruchał bez przerwy tak, samo szybko.
Chlup, chlup, chlup…
Znów przycichła. Zamknęła oczy i poddała się temu wszystkiemu. Stękała cicho.
Chlup, chlup, chlup…
I znów seria głośniejszych jęków i westchnień. Banan w jej ustach znieruchomiał. Poruszał się jedynie dzięki wstrząsom powodowanym przez ten między jej nogami.
Nagle wypadł, pozostawiając jej buzię lekko uchyloną. Westchnęła głęboko tak, jakby była zaskoczona tą nagłą zmianą. Chwyciła duży haust powietrza.
-Ooooch, hhhhhh… - wyrzucała ze swojego gardła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz