51. Była jednym wielkim orgazmem.
Była jednym wielkim orgazmem. Kutas w jej cipce poruszał się szybciej i szybciej, jakby rzeczywiście dochodził już do finału. Drgał i szarpał się coraz szybciej w narastających spazmach.
Bulg, bulg, bulg… rytmicznie, niczym tętno. Jej cipka dostała podobnych konwulsji. Oddychało się jej coraz trudniej, z coraz większym wysiłkiem. Jej ciało poruszało się w narastających drgawkach. Było jej tak dobrze, tak słodko, że nie chciała tego przerywać.
Wokół jej szyi oplótł się gruby, różowy wąż, który nie dusił jednak. Natomiast jej piersi wciąż były pieszczone przez dwa, niewielkie kutaski, które wystawały z podobnych kielichów. Wszystkie wyrzucały z siebie białą, lepką substancję. Całe jej ciało było nią pokryte.
Jeszcze trochę, a czuła, że eksplodowałaby. Miała wrażenie, że unosi się nad podłogą. Czuła się niesamowicie, bosko. Czuła się kochana, pożądana.
Akt miłosny trwał. Jej jęki mieszały się ze słodkimi westchnieniami i szeregiem innych odgłosów. Była na granicy utraty przytomności. Chciała odpłynąć, zgubić się w tym wszystkim. Lecz gdy tylko uchyliła oczy, wszędzie widziała różowe kielichy.
Odpływała. Zdawało się jej, że są wszędzie. Obserwowała, jak z tych, które delikatnie muskają jej sutki, także wypływa biała wydzielina. Wszystko, w czym była oblepiona, paliło, rozgrzewało.
Zdawało się jej, że ta wydzielina przenika przez skórę i krąży wraz z krwią. Odgłosy jej westchnień, krzyków i jęków wydawały się coraz w cichsze. Jakby dobiegały zza ściany. Stopniowo nikła w swojej świadomości. Miała wrażenie, że pogrąża się w słodkim, błogim śnie.
Galaretowata, półprzezroczysta substancja grubą, gęstą warstwą spływała po jej nagim ciele. Płonęła. Wszystkie kielichy wyglądały niczym szeroko uchylone usta. W ich wnętrzu dostrzec można było wąskie, gęsto utkane pręciki i grubsze od nich słupki, które spełniały rolę penisów.
Czas jakby się zatrzymał. Ostatkiem sił próbowała dotknąć swojego ciała, lecz jej się to nie udało. Jej dłonie bezwładnie opadły na podłogę. Czuła, że tonie w tej mazi, w tym lekkim, gorąco zimnym błocie.
Spomiędzy jej zgrabnych ud płynęły już prawdziwe kaskady mlecznobiałego budyniu. Miała wrażenie, że kocha się ze wszystkimi mężczyznami na świecie na raz, że doświadcza wszystkich możliwych orgazmów w jednej chwili.
Wszystko zdawało się trwać, jakby powtarzane w jednej i tej samej klatce. Scena zdawała się nie mieć końca.
Bulg, bulg, bulg… tętniły odgłosy. Raz za razem ciężko dyszała. Była bezradna, nie była w stanie kompletnie nic zrobić. Zresztą nawet już tego nie chciała.
Leżała jak martwa na środku pomieszczenia, z szeroko rozłożonymi nogami, półnaga, zewsząd otoczona mnóstwem cieńszych i grubszych, podobnych do węży, ramion.
To było szaleństwo. Kopulacja trwała, nasienie płynęło. Coraz trudniej było jej znieść nadmiar tej przyjemności.
Niespodziewanie dało się słyszeć nieco głośniejsze, jakby wydobywające się spod ziemi, bulgotanie. Nasienia między jej nogami wciąż przybywało. Teraz jej słodka, wymęczona do granic możliwości, cipeczka i to malutkie kakaowe oczko było atakowane, penetrowane, nie przez jednego, ale przez kilka, zaganiaczy, które ustawiły się jeden obok drugiego i atakowały z taką samą, niezmordowaną siłą.
Były jak hieny, jak stado wilków, szarpiące i wciąż atakowały. Ustawiły się w trójkącie równobocznym niczym talerze UFO. Były różowe z nieco jaśniejszą obwódką i cętkami, ale było ich dużo, dużo więcej. Ze wszystkich stron wystawały długie, lśniące fiuty, które sięgały gdzieś w jej krocze.
Zaczęła głośno krzyczeć. Jakby resztkami sił chciała się obronić.
Jak stado piranii, wężowate penisy robiły swoje. Z głośnym mlaskaniem poruszały się raz do przodu, raz do tyłu, raz do przodu, raz do tyłu… rytmicznie, równo, beznamiętnie. Tak jakby chciały wyssać z niej całe życie, wszystkie chęci.
Działo się coś niesamowitego. Wkrótce nie było jej już w ogóle widać, utonęła, zniknęła, była otoczona, niczym kokon, upstrzona tymi odnóżami na biało i różowo.
Kiedy zdawało się, że to już koniec, znów usłyszała ten głos. Był dźwięczny, dziwny, jakby dobiegał z jej głowy, a jednocześnie jakby nie był jej.
Zastanawiała się, czy były to jej własne myśli? Doświadczała niebywałej rozkoszy. Z jej gardła wydobywały się co chwilę głośne okrzyki.
Tymczasem głos przemawiał nad wyraz spokojnie i łagodnie.
“Czemu się bronisz, malutka? Przecież to nie koniec świata. Poddaj się temu. Już niedługo to potrwa. Zobaczysz, że będzie cudownie. Odpręż się i popłyń.”
Po chwili usłyszała ten drugi głos. Był mniej przyjemny, bełkoczący.
“Hehehe… Jesteś świetną samicą… będziesz dobrze nosiła moje liczne potomstwo… Hehehe… Sprawiłaś mi dużą przyjemność… Hehehe… Za chwilę przejdę do kolejnej fazy doświadczenia.”
Była jednym wielkim orgazmem. Kutas w jej cipce poruszał się szybciej i szybciej, jakby rzeczywiście dochodził już do finału. Drgał i szarpał się coraz szybciej w narastających spazmach.
Uświadomiła sobie, że za chwilę rzeczywiście nastąpi koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz