1. Rodziców dzisiaj nie ma.
Piętnastego września Leszek Borowski skończył siedemnaście lat i koledzy postanowili zrobić mu dość nietypowy prezent. Jak to mówią, czapka poszła w ruch, każdy dorzucił, ile miał i w końcu zebrali odpowiednią ilość gotówki. Następnie wybrali się do pobliskiego miasteczka, by zaprosić dość znaną w tej okolicy laskę o imieniu Brygida.
Brygida to już historia sama w sobie. Panna liczyła sobie trzydzieści wiosen i parała się najstarszym zawodem świata. Tego dnia usłyszawszy, o co chodzi, w pierwszej chwili nie chciała nawet z nimi gadać.
-Spadajcie, - powiedziała twardo.
-Ale dlaczego? - spytał zawiedziony Andrzej.
-Pojebało cię?! To jeszcze dzieciak, a ja nie chcę mieć żadnych problemów.
-Brygid, no nie rób nam tego. To nasz najlepszy kumpel. Młody co prawda, ale szybko się wyrabia. Zobaczysz, nie będziesz miała z nim żadnych kłopotów.
-Pokażcie ile macie gotówki.
Przeliczyła pieniądze, a później się odezwała.
-Nie ma mowy! Klientów mam dosyć i aż taka zdesperowana nie jestem.
-Ale my bardzo prosimy.
-Jak uzbieracie jeszcze stówę, może się zastanowię.
Poszli. Do wieczora zastanawiali się skąd skołować sto złotych. Wcale nie było to takie łatwe. Po skończeniu szkoły żaden z nich nie podjął pracy i wszyscy byli na utrzymaniu rodziców. Brygida jeszcze raz przeliczyła pieniądze, popatrzyła na nich, skrzywiła się i w końcu powiedziała:
-Dobra, ale nikt ma mnie u was nie widzieć. Jego starych ma nie być w domu. Zrozumiano?!
-No co ty, za kogo nas masz? Wszystko obcykane. Spokojna twoja rozczochrana.
-No dobra, dobra, nie cwaniakujcie, - odezwała się z satysfakcją.
Kiedy przyjechała na miejsce, w ukryciu poczęstowali ją wódką i zawołali, niczego niespodziewającego się, Leszka.
-Posłuchaj, to jest nasza koleżanka, Brygida, ona chciała, żebyś wytłumaczył jej istotę… no wiesz… teorii względności.
-Teorii względności? A do czego jej to? - spytał zaskoczony, ale niczego niepodejrzewający Leszek.
-Nooo do pracy…
-Do pracy? Ale po co? - chłopak nie bardzo chciał wierzyć w ich tłumaczenia.
Tymczasem prostytutka grzecznie wyciągnęła dłoń i uśmiechnęła się serdecznie.
-Cześć. Ale z ciebie słodziak. Słyszałam, że jesteś w tym dobry.
-No tak, ale… to dość skomplikowane. Nie wiem, czy zrozumiesz.
Andrzej poklepał go po ramieniu.
-Spoko koleś, nie obawiaj się. Ona jest bardzo pojętna. No nie Brygida?
Puścił do niej oko.
-Tak, tak, ja wszystko łapię w mig. Za chwilę zobaczysz, na co mnie stać, - odpowiedziała dwuznacznie.
Koledzy zaczęli rechotać, a ona spojrzała na nich srogim wzrokiem. Leszek interesował się fizyką i astronomią. Nie raz próbował tłumaczyć kolegom zasady działania wszechświata, ale oni tylko zbywali go śmiechem. W tym świetle to, co się działo teraz było jeszcze bardziej podejrzane. Niemniej Leszek był prostolinijny, szczery i dość naiwny. Czasami trudno było mu odróżnić, co w słowach kolegów jest prawdą, a co zwykłą drwiną.
-No nie wiem, to zajmie trochę czasu.
-No wiesz, nie chodzi o szczegóły. Wytłumacz jej tylko tak, pobieżnie. Rozumiesz? - Wtrącił się Andrzej, który zaczął się obawiać, że chłopak już w tej chwili się rozmyśli.
-Pobieżnie? Aha, czyli samą zasadę, tak?
-No… coś w tym rodzaju.
-Dobrze, może przejdziemy do mojego pokoju, bo potrzebne będzie coś do pisania.
-Nie, nie, - szybko zareagował Andrzej, - wiesz, u ciebie ciągle się ktoś kręci. Do tego potrzeba odrobiny spokoju.
-Jak to ktoś się kręci, przecież rodziców dzisiaj nie ma?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz