Szukaj na tym blogu

18 marca 2024

Ostatnie wakacje.

106. Chyba zabłądziłem.


Ruszyłem przed siebie, starając się ustalić punkty na drodze mojego przemarszu, gdzie mógłbym się ukryć na wypadek, gdyby ktoś szedł albo jechał. Pomimo tego, co się działo, mój nastrój zaczynał powoli się poprawiać, a idąc szybko, zrobiło mi się nieco cieplej. Istniała duża szansa, że nic złego więcej się nie wydarzy, a po całym zajściu zostaną tylko przykre wspomnienia. No ale to była tylko teoria. W praktyce rzadko bywa tak, że wszystko idzie zgodnie z planem i jak to mówią: pech lubi chodzić parami. No i stało się. 

Nic nie słyszałem i nic nie widziałem. Nic nie wskazywało na to, że tak się stanie, a na bliskie spotkanie z człowiekiem liczyłem dopiero na szosie. Szczególnie że okolica wydawała się całkowicie opustoszała. Przecież dopiero przeszła burza. Kto mógłby szwendać się z samego rana po lesie oprócz pechowców takich jak ja? No przecież nikt. Czyżby?

Wyjechała wprost na mnie zza krzaków na zakręcie. Jej rower zatrzymał się w miejscu, a ona postawiła stopy na ziemi. Była dwa metry przede mną i patrzyła. Jej czarne oczy były duże ze zdziwienia, ale nie zobaczyłem w nich strachu. 

Była to młoda, ładna dziewczyna. Miała ciemne włosy i ładnie przyciętą grzywkę. Delikatnie otworzyła usta, a z jej gardła wydobyło się ciche: 

-Oooch…  

Potrzebowałem trochę czasu, aby mój mózg wskoczył na normalne tory i zaczął prawidłowo postrzegać i przetwarzać rzeczywistość. Co wcale nie ułatwiało sprawy i nie sprawiało, że to, co się stało, było łatwiejsze do zaakceptowania. 

Starałem się tak bardzo jak tylko mogłem. Chciałem coś powiedzieć, wytłumaczyć się jakoś, ale sytuacja była na tyle głupia i niedorzeczna, że nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnych konkretnych słów. Po prostu mnie zatkało. Na domiar wszystkiego ten patowy moment, który nie powinien trwać przecież dłużej niż dwie, trzy sekundy, przeciągał się coraz bardziej. Nie było głośnego: “policja, zboczeniec, aresztować go!” Nic z tych rzeczy. Nie wsiadła na rower i nie odjechała z krzykiem, a ja nie uciekłem w krzaki, starając się jakoś zakryć swoje przyrodzenie. 

To było wręcz surrealistyczne. Miałem wrażenie, że czas się zatrzymał. Moje serce mocnymi uderzeniami wyznaczało kolejne sekundy, oddech przyspieszył, a do zmarzniętego członka w szybkim tempie zaczęła napływać świeża gorąca krew, sprawiając, że z każdą chwilą stawał się coraz grubszy i sztywniejszy. 

-Chyba zabłądziłem, - powiedziałem wreszcie, szczerząc zęby w głupkowatym uśmiechu, bo na tyle tylko było mnie stać. 

Myślałem, że ze wstydu zapadnę się pod ziemię, ale tak się nie stało. Los nie był dla mnie aż tak łaskawy. Trzeba było przez to przebrnąć do samego końca. 

-Wszystko przez to, że lubisz biegać nago po lesie, - rzuciła tak, jakby zupełnie nic się nie stało.

Będąc całkowicie szczerym i wiedząc, że trafiła w samo sedno, wzruszyłem tylko ramionami. Następnie patrząc jej prosto w oczy, uśmiechnąłem się ciepło i powiedziałem: 

-Życie jest zwariowane, prawda? 

-No cóż, Julian, nie wszyscy akceptują taki sposób kontaktu z naturą. No i jeśli zaraz się czymś nie okryjesz, złapiesz paskudne przeziębienie, - powiedziała tak, jakby cała ta sytuacja nie zrobiła na niej większego wrażenia, a ja poczułem się jeszcze bardziej nieswojo.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...