105. Nieciekawy wybór
Na szczęście wkrótce deszcz zmalał do niewielkiej mżawki, wiatr ucichł i wszystko wskazywało na to, że szalejąca burza oddala się coraz bardziej. Byłoby to pocieszające, gdybym nabierał coraz większego przekonania, że zmierzam we właściwą stronę. Może gdybym był, chociaż w ubraniu i suchy nie miałoby to aż takiego dużego znaczenia. Jednak w mojej sytuacji, kiedy liczyła się każda minuta, nie miałem powodu do zbytniej radości.
Szedłem, szedłem, a końca lasu nie było widać. Mało tego, przestałem dostrzegać znajome charakterystyczne punkty takie jak ukształtowanie terenu czy gatunki drzew. Mimo że w dzieciństwie bywałem tu wielokrotnie, po kilku kolejnych minutach musiałem przyznać, że zabłądziłem, a to oznaczało, że mam poważne problemy.
W mojej głowie zaczęły pojawiać się coraz bardziej złowieszcze myśli i wizje na temat tego, co się może stać. Na przykład takie, że jeśli w ciągu krótkiego czasu nie znajdę drogi powrotnej do domu, to wychłodzę się tak bardzo, że stracę przytomność i umrę w tym lesie. Już wyobrażałem sobie leżącego siebie na mokrym mchu, nagiego i tak głupio wyglądającego, że wszyscy się śmieją. Z drugiej jednak strony zdawałem sobie sprawę, że poddanie się w tej sytuacji jest najgorszą rzeczą, która może mi się przydarzyć.
Nie było innego wyjścia. Musiałem znaleźć sposób, aby wyjść z tej opresji. Mimo wszystko to wcale nie było takie proste. Szczególnie że robiło mi się coraz zimniej, a wszechogarniający chłód zaczynał przeradzać się w narastający niepokój, a nawet panikę.
Zatrzymałem się i jeszcze raz bardzo uważnie rozejrzałem. W pewnym momencie zdało mi się, że w oddali między krzakami widzę leśną drogę. No cóż, droga to jeszcze nie dom, ale zawsze każda droga dokądś prowadzi.
Szybko ruszyłem w jej stronę, czując, że moje niefortunne położenie za jakiś czas się zmieni. Po pokonaniu kilkuset metrów znalazłem się na szerokim leśnym dukcie, którym transportowano drewno do pobliskiego kiego tartaku. Wiedziałem, że na drugim końcu wychodzi on na szosę nad jeziorem, tę samą, którą tutaj przyjechałem. Stamtąd do domu cioci miałem już tylko jakieś pół kilometra.
Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że ten odcinek będę musiał pokonać, nie mając na sobie ubrania. Wiedziałem też, że zupełnie czym innym jest przemykanie między krzewami w gęstym lesie, gdzie nie ma żywego ducha, a zupełnie czym innym poruszanie się po drodze publicznej, gdzie jeżdżą autobusy, samochody i na pewno trafi się jakiś turysta, który będzie chciał zadzwonić na policję, że po okolicy szwenda się jakiś zboczeniec.
Nie potrzebowałem teraz skandalu związanego z tłumaczeniem się z całej sytuacji na komisariacie i usilnej próbie wyjaśnienia służbom porządkowym, że ja tylko chciałem sobie pobiegać nago po lesie. Szczególnie że już raz zrobiłem podobny numer i skończyło się na tym, że wpadłem do głębokiego dołu pełnego pokrzyw i jeżyn, a później musiałem się zmierzyć z wielką dubeltówką cioci. Co prawda skończyło się szczęśliwie, a nawet ugrałem z tego coś dla siebie, ale i tak musiałem wstydzić się przed tą wspaniałą kobietą, z tak nierozważnego wybryku. Wiedziałem też, że do tej rozmowy ciocia na pewno jeszcze wróci.
Tak czy inaczej, miałem jednak dość nieciekawy wybór: albo ruszę przed siebie i narażę się na aresztowanie, albo zostanę tutaj, zwiększając ryzyko poważnego uszczerbku na zdrowiu. Poza tym nie miałem zbyt dużo czasu, aby się nad tym zastanawiać. Było mi coraz zimniej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz