Szukaj na tym blogu

23 marca 2024

Ostatnie wakacje.

111.  Agroturystyczna zagroda


Ruszyliśmy przed siebie. Na drugim końcu polany, na wzniesieniu wystającym nieco ponad lustro wody stał jakby umieszczony tu przez nieznanego artystę drewniany niewielki domek. Ze skośnym wysokim dachem, wielkim kominem i oknami zaopatrzonymi w stylowe okiennice, sprawiał, iż nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jednak to wszystko nie do końca jest prawdziwe. To tak jakbym patrzył na pejzaż, skrupulatnie wyreżyserowany i ustawiony element po elemencie w wielkim szklanym słoju. Było w nim coś nierzeczywistego, coś z pogranicza baśni i bajki. Jednak mogło być to spowodowane tylko i wyłącznie moim sposobem postrzegania świata. 

Kiedy dotarliśmy na miejsce, zrozumiałem, że to nie tylko samotnie stojący domek, lecz niewielkie, ale kompletne gospodarstwo rolne. Chociaż z drugiej strony trudno było mówić tu o gospodarstwie, bo nie widziałem pola. Była to raczej samowystarczalna wiejska zagroda. Po drugiej stronie podwórka otoczonego drewnianym, wymagającym naprawy płotem znajdowało się kilka zabudowań, które mogły służyć zarówno za stajnię, oborę, jak i chlewik. Po placu gdacząc i grzebiąc w ziemi, niewielkimi stadkami przemieszczały się kury, jeszcze bardziej podkreślając malowniczy charakter tego miejsca. 

-Czy to, agroturystyczna zagroda? - spytałem, nie mogąc się oprzeć niesamowitemu wrażeniu. 

-No w sumie tak to można nazwać. Chociaż z drugiej strony, jesteś tutaj jedynym gościem. Jeśli chcesz, mogę wynająć ci pokój na górze. Mimo braku światła jest bardzo przytulny i fajnie się w nim mieszka. 

Byłem coraz bardziej zafascynowany. Chłonąłem wszystko moimi zmysłami. Weszliśmy przez drewniane drzwi, które skrzypnęły delikatnie, ukazując przed nami nutkę wiejskiego uroku. Zapach drewna i starych mebli wypełniał przestrzeń. Dom, który wyglądał na skromny i zupełnie niczym niewyróżniający się z zewnątrz, wewnątrz ukazał całe swoje własne piękno i tajemniczość.

Sercem tego miejsca był niewielki salon. O ile tak to można było nazwać. Wokół stały wygodne, trochę przetarte meble w stylu rustykalnym, z widocznymi śladami długich lat użytkowania. Na ścianach wisiały stare obrazy, a na regałach znajdowały się porozrzucane książki, niektóre z nich miały pęknięte grzbiety i pożółkłe kartki. Dość duże okna przepuszczały dostateczną ilość porannego światła, które sprawiało, że wnętrze wydawało się jeszcze bardziej przytulne i klimatyczne.

Kuchnia, która znajdowała się obok, była prosta, ale funkcjonalna. Drewniany stół z kilkoma krzesłami zajmował centralne jej miejsce. Na blacie leżały starannie ułożone słoiki z przetworami i kompozycje świeżych ziół. Zapach domowego jedzenia unosił się w powietrzu, przypominając o tradycyjnych potrawach przygotowywanych tutaj od pokoleń. Widać było, że pomimo swoich lat, ten dom nadal żyje i funkcjonuje jako centrum rodziny i kochających się osób. 

-Chodź, pokażę ci, jak wygląda pięterko, - powiedziała i pociągnęła mnie za rękę. Zachowywała się bardzo swobodnie, tak jakbyśmy znali się od lat. To mnie trochę peszyło, ale też wzbudzało sympatię. Naprawdę zaczynałem lubić tę dziewczynę. 

Drewniane wąskie schody prowadziły na górę, gdzie znajdowały się sypialnie. Grubo ciosane belki sufitowe dodawały uroku całej przestrzeni. W dwóch usytuowanych obok siebie sypialniach stały solidne drewniane łóżka z haftowaną pościelą, a przy oknach wisiały zasłony z grubego materiału, przepuszczające delikatne światło porannej aury.

To miejsce emanowało niezwykłym ciepłem i spokojem, jakby każdy element miał swoją historię do opowiedzenia. Było proste, ale jednocześnie bogate w atmosferę, która przywodziła na myśl czasy minionych pokoleń. Patrząc na to wszystko, jeszcze bardziej miałem ochotę tu zamieszkać. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...