Szukaj na tym blogu

30 maja 2026

Zapach rozkoszy,

63. Tylko brał ją


Daniela jęczała, głos drżący, urywany, przecinany krótkimi, chrapliwymi oddechami.
– Boże… jak ty masz taką moc… taką grubość… rozrywasz mnie w środku… wypełniasz każdą szczelinę… nie pamiętam, żeby kiedykolwiek było mi tak dobrze… Jezu, co to jest… ten kutas… jaki Bóg cię rzeźbił tak idealnie… daj mi go głębiej… proszę… mocniej… rozciągnij mi cipkę do granic… chcę czuć twiją główkę w samym brzuchu…
Jej pochwa zaciskała się wokół niego rytmicznie, gorąca, aksamitna, mokra do granic, pulsująca w takt każdego pchnięcia jak żywe, głodne serce. Ścianki obejmowały go ciasno, ślizgały się po nim z mokrym, obscenicznie głośnym plaśnięciem za każdym razem, gdy unosiła biodra i opadała z powrotem. Wilgoć spływała strumieniami – gęsta, lepka, gorąca – po jego jajach, po wewnętrznej stronie jego ud, po pościeli, tworząc ciemną, lśniącą plamę. Powietrze w sypialni gęstniało od zapachu seksu: słonej, zwierzęcej woni jej soków, piżma jego skóry, wanilii wciąż wiszącej na jej ciele i czegoś metalicznego, burzowego, co wdzierało się przez uchylone drzwi tarasu.
Pierwsza fala orgazmu przyszła niespodziewanie szybko – długa, powolna, rozlewająca się od samego dna brzucha na zewnątrz jak gorąca lawa. Ciało wygięło się w gwałtowny łuk, piersi uniosły się wysoko, sutki drżały w powietrzu jak napięte struny, biodra szarpnęły się do przodu i w dół, cipka zacisnęła się spazmatycznie wokół jego trzonu, a z niej trysnęła lekka, ciepła fontanna – nie strumień, lecz miękki, pulsujący wyrzut, który spłynął po jego członku i pościeli. Głos przeszedł w wysoki, bezradny, niemal zwierzęcy krzyk, który odbił się echem od ścian i zlał się z odległym gromem.
Nie przerywając rytmu, odwróciła się powoli – klęknęła na łóżku, pochyliła tułów nisko, policzek przycisnęła do wykrochmalonej poduszki, pośladki uniosła wysoko, obfite, miękkie, lśniące od potu i soków. Skóra na nich była różowa od uderzeń, od ciepła, od napięcia; między nimi lśniła mokra, nabrzmiała szparka, wargi sromowe rozchylone, łechtaczka stercząca, czerwona, pulsująca.
Alex wszedł od tyłu – jednym płynnym, zdecydowanym ruchem, mocno, głęboko, aż jądra uderzyły o jej łechtaczkę z mokrym plaśnięciem. Wypełnił ją całkowicie, do samego dna, głowica jego ptaka naparła na szyjkę macicy, wywołując ostry, słodki ból, który natychmiast zamienił się w rozkosz. Ręce zacisnął na jej biodrach – palce wbijały się w miękką tkankę tak mocno, że zostawiały białe odciski, które zaraz czerwieniały. Prowadził ją na siebie, narzucał tempo: głęboko, powoli, pozwalając jej poczuć każdy centymetr, potem szybciej, mocniej, uderzając w nią z taką siłą, że całe łóżko trzeszczało, a jej piersi falowały ciężko pod ciałem.
Daniela krzyczała cicho, głos gardłowy, chropowaty, przerywany sapnięciami:
– Bierz mnie… rżnij mnie po brzegi… jestem twoja, cała twoja… rozwal mi cipkę tym kutasem… daj mi go jeszcze raz… chcę czuć go wszędzie… Boże, jak ty pachniesz… piżmem, skórą, burzą… jestem taka oszołomiona… mocniej… proszę… rozciągnij mnie na amen… głębiej… chcę, żebyś doszedł we mnie tak głęboko, że poczuję to jutro…
Jej pośladki falowały przy każdym pchnięciu – miękkie, ciężkie, trzęsące się jak galareta, czerwieniejące coraz mocniej od uderzeń jego bioder i od własnych skurczów. Woda z kąpieli, która wciąż spływała po kręgosłupie, była już zimna; mieszała się z potem, z sokami spływającymi po udach, tworząc cienkie, lśniące strużki, które kapały na prześcieradło z cichym, rytmicznym stukotem.
Ciało drżało nieustannie – mrowienie biegło od czubka głowy po palce stóp, sutki bolały od tarcia o materiał, cipka zaciskała się coraz mocniej, coraz częściej, jakby chciała go zatrzymać w sobie na zawsze. Zapach seksu stawał się tak gęsty, że można go było smakować na języku – słony, słodki, pierwotny.
Alex przyspieszył – oddech stał się ciężki, gardłowy, palce wbiły się jeszcze głębiej w jej biodra.
Nie mówił nic.
Tylko brał ją – mocno, bezlitośnie, jakby chciał sprawdzić, w którym momencie całkowicie się rozpadnie.
A ona już czuła, że ten moment nadchodzi znowu – szybciej, mocniej, bliżej niż poprzednio.
Grzmot rozdarł niebo tuż nad domem.
Szyby zadzwoniły.
I w tej samej chwili jej ciało znów zaczęło się rozpadać – tym razem głośniej, głębiej, bezpowrotnie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

73. Zamknij oczy Kinga milczała. Poczuła nagle, jak ciepło rozlewa się po podbrzuszu – gwałtownie, bez uprzedzenia, jak łyk gorącego wi...