64. Jego język na łechtaczce
Druga fala orgazmu była jeszcze dłuższa, jeszcze głębsza, jakby ktoś rozciągał w niej sam czas. Ciało napięło się jak struna gotowa pęknąć, cipka zacisnęła się wokół jego kutasa tak mocno, że graniczyło to z bólem – słodkim, palącym, rozkosznym. Ścianki pizdeczki pulsowały spazmatycznie, masując go w rytmie własnego szaleństwa, a wilgoć trysnęła strumieniem – gorąca, lepka, obfita – spływając po jego ciężkich jajach, po wewnętrznej stronie ud, po pościeli, która już dawno stała się mokrą, pachnącą mapą ich pożądania. Głos Danieli przeszedł w ciągły, bezradny, wysoki jęk – nie do opanowania, nie do przerwania, jakby wydobywał się z samego dna jej duszy. Orgazm trwał i trwał, fale nakładały się na siebie, mrowienie rozlewało się od łechtaczki po czubki palców u stóp, sutki bolały od napięcia, skóra pokryła się gęsią skórką, a w głowie wirowało jedno: więcej, głębiej, mocniej, nigdy nie przestawaj.
A później…
Chciała mu to oddać – bezwstydnie, lubieżnie, z całkowitym zatraceniem.
Uklękła przed nim na łóżku, włosy mokre i splątane opadły na jego uda jak złota zasłona. Usta pełne, gorące, rozchylone. Wzięła twardą, nabrzmiałą głowicę do ust powoli, czule, język zatoczył leniwe, mokre koła wokół żołędzi, smakując słony pot, metaliczny posmak przedwytryskowej wilgoci i tę ciężką, męską esencję, która osiadała na podniebieniu jak najdroższy trunek. Ssała powoli, głęboko, gardło rozluźnione, pozwalając mu wchodzić coraz dalej, aż poczuła, jak twardy łeb dotyka tylnej ściany gardła. Oddychała przez nos, mrucząc cicho z rozkoszy, wibracje jej głosu przenosiły się na jego trzon. Rozkosz oddania była niemal bolesna – chciała być jego naczyniem, jego ustami, jego cipką, jego wszystkim.
Zsunęła się niżej. Całowała jądra – wielkie, napięte, ciężkie jak dojrzałe owoce. Brała je do ust delikatnie, jedno po drugim, ssała skórę, lizała językiem spód, mrucząc z zachwytem:
– Boże… jakie one są pełne… ciężkie… jak ty możesz nosić w sobie tyle spermy… daj, daj mi wszystko… chcę cię całego… chcę poczuć, jak pulsują mi w ustach… daj mi to teraz…
On głaskał jej włosy – palce długie, ciepłe, powolne, jakby chciał ją uspokoić i jednocześnie doprowadzić do szaleństwa. Szeptał cicho, głos aksamitny, niski, wibrujący w jej kościach:
– Jesteś taka piękna… taka oddana… taka mokra i gorąca… zabiorę cię daleko, kochanie… zabiorę cię do nieba… nie opieraj się… po prostu popłyń… daj się ponieść fali… oddaj mi się cała…
Potem delikatnie położył ją na plecach. Rozchylił jej uda szeroko, kolana przyciągnął niemal do ramion – cipka całkowicie odsłonięta, różowa, nabrzmiała, lśniąca sokami, wargi sromowe rozchylone, łechtaczka stercząca jak mały, czerwony klejnot, wejście do pochwy pulsujące, zapraszające. Bezbronna. Dokładnie o to jej chodziło – o tę chwilę całkowitego poddania, kiedy nie ma już nic do ukrycia.
A potem jego język na łechtaczce – najpierw lekkie, okrężne muśnięcia, szybkie, drażniące, potem powolne, leniwe, jakby smakował najdroższy deser. Dźwięk był obsceniczny: mokre cmokanie, jej ciche sapnięcia, westchnienia, które przechodziły w jęki. Wsunął dwa palce – potem trzy – głęboko, rytmicznie, masując punkt G z precyzją kochanka, który zna każdy zakamarek jej ciała lepiej niż ona sama. Palce uginały się, naciskały, wirowały, a język nie przestawał tańczyć na łechtaczce – raz szybko, raz wolno, raz ssąc, raz liżąc płaskim językiem całą jej szparkę od dołu do góry.
Straciła poczucie rzeczywistości. Świat zawęził się do tego miejsca między udami – do gorąca, wilgoci, pulsowania, do smaku jego śliny mieszającego się z jej sokami, do zapachu seksu unoszącego się gęstą mgłą, do dźwięku własnych westchnień, które stawały się coraz głośniejsze, coraz bardziej zwierzęce. Ciało drżało niekontrolowanie, mięśnie brzucha falowały, sutki bolały od napięcia, cipka zaciskała się wokół jego palców jak gorąca pięść, a w głowie huczało jedno: jeszcze, jeszcze, nie przestawaj, zabierz mnie tam, gdzie nie byłam nigdy.
Grzmot rozdarł niebo tuż nad domem – tak blisko, że szyby zadzwoniły.
I w tej samej chwili poczuła, że trzecia fala nadchodzi – większa, czystsza, bardziej niszcząca niż wszystko, co było przedtem.
Nie walczyła z nią.
Po prostu się poddała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz