4. Powiedz, nie kochasz mnie?
-Powiedz, nie kochasz mnie?
-Felicjo, błagam.
-Spójrz mi w oczy. Wewnątrz mnie wybuchła bomba.
-Boże, kocham cię, tak bardzo cię kocham!
Znów się przysunąłem, wystawiając siebie na niepotrzebną pokusę. Miałem nadzieję, że zobaczę w jej oczach, choć odrobinę, ironii czy, jakiegokolwiek, wyrachowania. Dałoby mi to podstawę do utwierdzenia się w przekonaniu, do całkowitej pewności o jej chorobie. A tak nie wiedziałem, nie byłem na sto procent pewny. Nie byłem pewny niczego. A może ona naprawdę mnie kochała. Może nic jej nie dolegało, poza gorącym uczuciem. Nie mogłem w to uwierzyć, przecież te wszystkie badania i testy... Ale, właśnie to jej paranoja była tak realistyczna, że stopniowo sam w nią popadałem. Tylko znowu, czy rzeczywiście to była paranoja?
-Chcę cię, chcę cię dzisiaj, tutaj, chcę poczuć cię w sobie. Nie rozumiesz tego? Popatrz na mnie. Kocham cię. Z czego chcesz mnie wyleczyć, z miłości?! Jeżeli tak, to lecz mnie. Tylko nie wiem, kto bardziej jest chory, panie lekarzu?!
Nie odrywała oczu nawet na milimetr, nawet na sekundę. Patrzyła spokojnie, głęboko, wprost na dno mojej duszy. Czułem, że powoli przegrywam tę grę.
-Felicjo, błagam.
Ukląkłem przed nią i złożyłem ręce. Czemu to robiła. Bawiła się ze mą, czy rzeczywiście mnie kochała?
Odwróciła się przodem, usiadła po turecku z nogami podciągniętymi pod pośladki. Założyła dłonie za głowę, chwilę odczekała, a po jakimś czasie opuściła jedną rękę i, chwyciwszy za bluzeczkę, podciągnęła ją do góry. Patrzyłem na jej cudowny, jędrny brzuch, patrzyłem, jak stopniowo wyłania się jej pierś.
-Jesteś śmieszny, bo nie potrafisz przyznać się do swoich uczuć. Nie potrafisz powiedzieć kobiecie, że ją pragniesz.
Zbliżałem się do niej, na czworakach, jak pies, na czterech. Moja twarz znajdowała się na wysokości jej pępka. Przysunąłem się jeszcze bliżej, i jeszcze, i w końcu musnąłem go samymi ustami, tak przelotnie, najdelikatniej, jak umiałem, jakbym się bał, jakby to coś zmieniało, jakby to, co robiłem, miało nie być grzechem, odstępstwem od zasad medycznych. Ja rzeczywiście siebie oszukiwałem.
Odsuwałem się powoli, ciągle patrząc na jej brzuch. Był śliczny tak samo, jak reszta jej ciała.
-Możesz mnie mieć, ja niczego ci nie zabraniam, - mówiła cicho, ale z przejęciem.
Wsparty o brzeg kanapy patrzyłem na nią. Tak niewiele dzieliło nas od gorącego, namiętnego seksu, seksu, który pochłaniał mnie bez reszty, który był dla mnie podróżą do innego świata.
-Spójrz mi w oczy, - powiedziała.
Spojrzałem, a moje serce szarpnęło się tak, jakby za chwilę miało pęknąć.
-Powiedz, nie kochasz mnie?
-Felicjo, błagam.
-Spójrz mi w oczy. Wewnątrz mnie wybuchła bomba.
-Boże, kocham cię, tak bardzo cię kocham!
Kiedy w końcu jej uwierzyłem, kiedy w końcu przyjąłem jej punkt widzenia, odezwała się łagodnie:
-Jesteś mój, doktorku. Teraz to ja potrzebowałem psychiatry.
Nie wiedziałem już, kim jestem, nie wiedziałem, co jest dobre, a co złe, co właściwe, a co nieetyczne, nie wiedziałem czego, chcę. Musiałem podjąć decyzję, nie mogłem już jej dłużej leczyć. Chciałem wyjść tak, by nie patrzeć, by zapomnieć, by uznać, że to wszystko, w ogóle, się nie zdarzyło, że nie było nigdy dziewczyny o imieniu Felicja, tak nietypowym, tak pięknym, że nie było tej pacjentki, która stała się moją porażką. Ale, jak jej unikać, kiedy mieszkała trzy ulice od mojego domu, jak jej unikać, kiedy chodziliśmy do tej samej piekarni, jak jej unikać, gdy jeździliśmy tym samym autobusem. To wszystko stawało się jakimś potwornym koszmarem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz