10. Po latach rozumiałem
Jasna bluzka w drobne kwiaty, trochę za cienka na tę porę dnia, trochę za luźna w ramionach, ale z dekoltem na tyle głębokim, że kiedy się pochylała nad talerzem, materiał napinał się delikatnie i rysował kształt jej piersi. Objęte koronkowym stanikiem, pełnym, ciężkim, dokładnie takim, jaki zapamiętałem z tamtych nocy, kiedy świat ograniczał się do jej oddechu i ciepła skóry. Pod materiałem majaczyły sutki – ciemniejsze plamki pod bielą, ledwo widoczne, a jednak wystarczające, żeby krew zaczęła mi szybciej krążyć. Poczułem, jak kutas drgnął w spodniach, twardnieje powoli, nieproszony, nie na miejscu. Cholera, nie o to przecież chodziło. Nie po to wróciłem w to ciało, nie po to usiadłem naprzeciwko niej, żeby znowu myśleć tylko fiutem. A jednak ciało pamięta.
Ciało nie słucha rozkazów głowy.
Ona nie miała pojęcia, co robi. Siedziała sobie spokojnie, widelec w dłoni, włosy opadające na policzek, i jadła ziemniaki z koperkiem, jakby to był najnormalniejszy obiad na świecie. A ja patrzyłem na nią i czułem się jak złodziej, który przyszedł ukraść coś, co już kiedyś posiadał.
A ja?
Ja przyszedłem ubrany jak idiota z innego wymiaru.
Biały garnitur. Tak, biały. Nie żartuję. Kupiłem go w jednej z pierwszych hurtowni w Łodzi, gdzie już zaczynały pojawiać się rzeczy „z Zachodu” – cienki materiał, lekko połyskujący, krój trochę za szeroki w ramionach, ale za to idealnie biały. Kosztował tyle, ile dwa moje comiesięczne pobory, ale nie mogłem przyjść w drelichu albo w spranej koszulce polo. Musiałem wyglądać inaczej. Musiałem być kimś, kogo ona jeszcze nie widziała. Kimś, kto nie pasuje do tego szarego, pylistego krajobrazu PGR-u, do stołówki pachnącej kapustą i smalcem, do ludzi w trampkach z oderwanymi sznurkami.
Pod marynarką tylko biały podkoszulek – cienki, bawełniany, lekko opinający tors. Na dworze było ciepło, prawie gorąco, więc nie czułem się aż tak głupio. Ale i tak czułem się dziwnie. Jak aktor, który zapomniał tekstu, a mimo to wyszedł na scenę. Jak reżyser, który nagle sam stał się bohaterem własnego filmu.
Wiedziałem, co nadejdzie. Hiperinflacja, upadające zakłady, pierwsze prywatne firmy, waluta wymienialna, kredyty pod zastaw nerek i mieszkań. Wiedziałem, gdzie będą leżeć pieniądze, gdzie będzie okazja, gdzie będzie ryzyko. Zamierzałem to wykorzystać. Dla siebie. Dla niej. Dla nas. Jeśli w ogóle pozwoli mi stworzyć to „nas”.
Spojrzałem na nią znowu.
I wtedy to zobaczyłem.
W jej błękitnych oczach mignęła iskra. Ledwie zauważalna, jak odbicie słońca na szkle. Zainteresowanie. Nie zachwyt, nie olśnienie, ale coś ciepłego, ciekawego, żywego.
Punkt dla mnie. Mały, ale cholernie ważny.
Ela zawsze była zachowawcza. Trochę nieśmiała, trochę staroświecka, jakby urodziła się w złym dziesięcioleciu. Udawała, że seks jej nie obchodzi, że woli książki i długie rozmowy o sensie życia, ale ja wiedziałem lepiej. Wiedziałem, jak drżała, kiedy w końcu pozwoliła mi się dotknąć. Wiedziałem, jak jej biodra unosiły się mimowolnie, kiedy lizałem ją powoli, długo, aż zaczynała błagać szeptem. Wiedziałem, że pod tą uduchowioną powłoką kryje się kobieta, która potrafi oddać się całkowicie – ale tylko komuś, komu zaufa.
Teraz po latach rozumiałem też coś jeszcze.
Ta jej choroba. Schizofrenia czaiła się już wtedy, choć nikt jeszcze nie umiał jej nazwać. Objawiała się drobnymi rzeczami – lękiem przed tłumem, momentami, kiedy nagle milkła i patrzyła w ścianę, jakby słyszała coś, czego ja nie słyszałem. Wpływała na wszystko. Na to, jak się uśmiechała. Jak unikała dotyku. Jak długo pozwalała sobie na bliskość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz