Szukaj na tym blogu

20 lipca 2026

Anioł w białym garniturze

        14. Pod opuszkami palców


        – Nieważne – próbuję zaprowadzić jej myśli na właściwe tory. – Wierzysz w reinkarnację?
        – Żartujesz? Jestem wzorową katoliczką. Nie mogę wierzyć w reinkarnację ani w inne takie rzeczy.
        Znam ją chyba lepiej niż ona sama siebie.
        – Nie pytam, o to, na co pozwala ci twoja wiara, tylko co ty sama czujesz i myślisz na ten temat.
        Widzę, że nie ogarnia. Ma dość i nie wie, jak się z tego wywinąć.
        – Co to w ogóle za pytania? Nie chcesz chyba powiedzieć, że spotkaliśmy się w poprzednim życiu. To byłoby śmieszne. Ale wiesz co, jesteś jakiś śmieszny.
        Zapada chwila ciszy. Teraz ja nie wiem, jak mam zareagować. Ona odzywa się pierwsza:
        – Przepraszam, nie to chciałam powiedzieć. Zabawny jesteś.
        Uśmiecham się. Jest coraz milej. Mam ochotę ją pogłaskać. Doświadczam bardzo dziwnych uczuć.
        – Nic nie szkodzi, nie gniewam się. No więc wierzysz w reinkarnację, czy nie? – podejmuję temat.
        Wiem, że jej poglądy w tej dziedzinie dopiero się kształtują, ale chciałem usłyszeć to od niej.
        – Czy ja wiem? Chyba coś kiedyś na ten temat czytałam. Być może coś takiego istnieje. Nie wiem.
        W tamtej rzeczywistości, ale dopiero za dwa miesiące mam jej dać książkę „Życie po życiu” Raymonda Moody’ego oraz „Reinkarnację” Ursuli Fassbender. To na nich ukształtują się jej poglądy.
        – A wierzysz w to, że ktoś mógłby cofnąć się w czasie, aby spotkać osoby, które wcześniej kochał i aby naprawić popełnione wcześniej błędy?
Przenikliwe spojrzenie z jej strony w moje oczy mówi samo za siebie.
        – Do czego zmierzasz? Co chcesz przez to powiedzieć? Że wynalazłeś maszynę czasu i przeniosłeś się z dalekiej przyszłości, bo kiedyś dałam ci kosza?
        Balansuje na granicy zdziwienia i uśmiechu. Ma pewnie jeszcze nadzieję, że wszystko w pewnym momencie obrócę żart. Nie obracam.
        – Coś w tym rodzaju – mówię.
        Jest wyraźnie wybita z rytmu. Widać, że z jednej strony chciałaby się cofnąć, a z drugiej iść naprzód.
        – Żartujesz? Prawda?
        Patrzę na nią spokojnie, ale nie pozwalam jej uciec wzrokiem. Moja mina jest poważna. Nie chcę jej wystraszyć. Nie chcę też, aby uznawała mnie za wariata.
        – Nie, to niemożliwe. Takie rzeczy się nie zdarzają – mówi, ale sama w to nie wierzy.
        Ciągle na nią patrzę. Milczę. Słowa wydają się nagle zbyt ciężkie, zbyt kruche na to, co naprawdę chcę powiedzieć. Jej dłoń leży na blacie stolika – drobna, lekko opalona, z krótkimi, zadbanymi paznokciami i jedną małą blizną na kciuku, pamiątką po dzieciństwie, o której nigdy mi nie opowiadała, a ja i tak wiem. Bez zastanowienia, odruchowo, jakbym robił to tysiąc razy, nakrywam jej palce swoimi. Ściskam delikatnie.
        Nie mocno, nie natarczywie. Po prostu trzymam.
        Przez pierwsze sekundy ona nawet nie drgnie. Przyjmuje ten dotyk jak coś najnaturalniejszego na świecie. Jej skóra jest ciepła, miękka, lekko wilgotna od nerwowego potu. Czuję delikatny puls pod opuszkami palców – szybki, ale równy. Jakby jej ciało wiedziało coś, czego jej głowa jeszcze nie zaakceptowała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...