9. Zamierzała mnie wziąć
Jej spojrzenie najpierw było miękkie, figlarne, niemal niewinne. Potem robiło się cieplejsze. Głębsze. Aż w końcu stało się jednoznaczne – słodkie, ale z pazurem, jak mloda kotka najpierw mruczała, a sekundę później pokazywała kły. Nie było już miejsca na domysły.
– Patryk… – wyszeptała moje imię tak, jakby smakowała je na języku.
– No… – odpowiedziałem głupio, bo nagle wszystkie inne słowa wyparowały mi z głowy.
Przechyliła głowę, włosy opadły jej na ramię jak czarna fala. Uśmiechnęła się kącikiem ust – tym uśmiechem, który mówi „wiem, co myślisz, i podoba mi się to”.
– Może przejdziemy do salonu? – zapytała cicho, ale w jej głosie była już ta ciemna, aksamitna nuta, która sprawiała, że krew zaczyna płynąć szybciej.
– Po co? – rzuciłem, choć oboje wiedzieliśmy, że to tylko gra na zwłokę.
Podeszła bliżej. Pachniała wanilią, ciepłą skórą i czymś jeszcze – lekkim, zwierzęcym zapachem podniecenia, który rozpoznałbym w ciemności.
– Puścimy sobie jakiś film – powiedziała niewinnie, ale jej oczy śmiały się z tej niewinności.
– Aha… teraz? – udało mi się wykrztusić, choć gardło miałem suche jak papier ścierny.
– No… – przeciągnęła to „no” tak długo, że zabrzmiało jak pieszczota.
I wtedy zrozumiałem wszystko z absolutną pewnością. Żadnego filmu. Żadnego popcornu. Żadnego udawania, że siedzimy grzecznie na kanapie i oglądamy cokolwiek. Jeśli już coś będzie puszczone, to co najwyżej bardzo drogi, bardzo wolny, bardzo francuski erotyk – taki, w którym aktorzy nie udają, że się kochają, tylko naprawdę się pieprzą, a kamera nie odwraca wzroku.
Ona nie zamierzała pytać o zgodę. Ona już postanowiła. Widziałem to w sposobie, w jaki jej źrenice się rozszerzyły, w tym drobnym drżeniu dolnej wargi, w tym, jak jej oddech przyspieszył, kiedy wyobrażała sobie moje dłonie na swoim ciele. Była zbyt mokra, zbyt rozpalona, zbyt głodna, żeby bawić się w dwuznaczności.
Zamierzała mnie wziąć.
Tak po prostu.
Jak się bierze rzecz, która w danym momencie należy się jej bardziej niż komukolwiek innemu na świecie. Jak się bierze mężczyznę, którego chce się poczuć w sobie – głęboko, mocno, bez pardonu – bo ciało już nie słucha głowy, tylko pulsuje, zaciska się i błaga.
I cholera, wiedziałem, że jej się uda.
Bo ja już byłem jej.
Ona miała dziewiętnaście lat. Ja dwa lata więcej – te dwadzieścia jeden, które w tamtej chwili wydawały mi się jednocześnie za mało dojrzałe i aż nazbyt obciążone świadomością, co zaraz się wydarzy. Dwa lata różnicy, które w normalnym życiu znaczą niewiele, a w łazience oświetlonej tylko jedną ciepłą żarówką nad lustrem nagle stały się przepaścią i jednocześnie mostem.
Usiadła na brzegu umywalki z taką pewnością siebie, jakby ta wąska, porcelanowa półka była specjalnie dla niej zaprojektowanym tronem. Całym ciężarem bioder, całym napięciem ud, całym tym sprężystym, rozgrzanym ciałem. Przez ułamek sekundy byłem przekonany, że za chwilę usłyszę trzask pękającego kafelka albo metaliczny jęk odkręcającego się syfonu. Wyobraziłem sobie fontannę wody, porozrzucane kosmetyki, jej śmiech i moją panikę – absurdalną, komiczną katastrofę, która mogłaby nas oboje na moment wyrwać z tego gęstego, lepkiego napięcia. Ale umywalka wytrzymała. Solidna. Jak ona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz