Szukaj na tym blogu

28 lipca 2026

Rajstopy w łazience

        7. Samo czekanie


        Byłem już poprawnie i grzecznie ubrany, guzik co guzik, rozporek zapięty, koszulka wygładzona. Ale było już za późno. Ona zobaczyła wszystko – każdy centymetr mojego nabrzmiałego fiuta, każdą pulsującą żyłę, każdą kroplę, która zebrała się na żołędzi. Ja zobaczyłem wszystko – jej mokrą cipkę prześwitującą przez rajstopy, sutki napierające na skórę kurtki, drżenie ud od powtarzających się mikro-pchnięć w umywalkę. Nie dało się tego cofnąć. Można było tylko rozegrać tę partię inaczej – wolniej, sprytniej, z większą finezją.
        – Wiesz co, Patryk?
        Głos miała miękki, niemal pieszczotliwy, ale pod spodem czaiła się stal.
        – No co?
        – Jesteś naprawdę fajnym chłopakiem.
        Uśmiechnąłem się kącikiem ust, próbując ukryć, jak bardzo te słowa mnie rozbrajają.
        – Miło mi to słyszeć.
        – Zapewne wiesz, że bardzo cię lubię.
        Spuściła wzrok na moment, a potem znów spojrzała – prosto, bezwstydnie.
        – Bardzo?
        – Bardzo.
        Zrobiła krótką pauzę, jakby smakowała to słowo na języku.
        – Jak bardzo?
        Przechyliła głowę, włosy opadły jej na ramię jak czarna kurtyna.
        – Bardzo, bardzo.
        Grała dalej. Flirt rozwijał się jak pnącze – powoli, ale niepowstrzymanie oplatał nas oboje. Pochyliła się do przodu, oparła dłonie szeroko pod dużym lustrem wklejonym między białymi kafelkami. Ruchy miała płynne, niemal taneczne. Przechyliła głowę na bok – długie, czarne włosy runęły kaskadą w dół, odsłaniając kark, linię ramion, fragment obojczyka. Uśmiechnęła się szeroko, pokazując rząd idealnie białych, równych zębów – uśmiech drapieżnika, który właśnie poczuł zapach krwi.
        W tym samym momencie, w tej samej płynnej sekwencji ruchu, wcisnęła krocze w rant umywalki jeszcze mocniej, jeszcze głębiej. Biała, delikatnie zakrzywiona powierzchnia porcelany wbiła się w jej uda tak mocno, że materiał rajstop niemal zatrzeszczał. Widziałem, jak tkanina wciska się w szczelinę, jak wargi sromowe rozchylają się pod naciskiem, jak wilgoć przesiąka coraz obficiej, tworząc lśniącą smugę na krawędzi umywalki. Biodra zadrżały lekko – nie z wysiłku, tylko z czystej, niepohamowanej przyjemności.
        Gdybym teraz pozwolił sobie na tę bezczelność, na ten jeden krok poza granicę, wstałbym bez słowa, podszedł do niej od tyłu z taką pewnością, jakby cała łazienka należała do mnie od zawsze. Palce zahaczyłbym o górną krawędź tych zdradzieckich, półprzezroczystych rajstop – cienkiej, napiętej tkaniny, która już dawno przestała udawać, że coś ukrywa – i jednym zdecydowanym ruchem zsunął je w dół, odsłaniając jej duże, krągłe pośladki, ciepłe, gładkie, pachnące letnim potem i perfumami o nucie czarnego bzu. Potem chwyciłbym własnego, nabrzmiałego do granic fallusa – gorącego, ciężkiego, pulsującego w rytmie krwi, która dudniła mi w skroniach – i wcisnął go między jej uda, czując, jak wilgotna, rozpalona szparka przywiera do trzonu, jak wargi sromowe rozchylają się same, zapraszając głębiej, a ona wygina się w łuk, wciska biodra do tyłu, gotowa przyjąć wszystko naraz.
        Nie zrobiłem tego jednak.
        Nie dlatego, że brakowało mi odwagi.
        Samo czekanie – ta słodka, męcząca tortura przeciąganego napięcia – niosło w sobie nagrodę o wiele cenniejszą niż szybkie, zwierzęce zaspokojenie. Każda sekunda zwłoki potęgowała głód, czyniła go ostrzejszym, bardziej palącym. Czułem, jak jądra bolą od nagromadzonego nasienia, jak kutas drży na samą myśl o tym, co dopiero nadejdzie, i właśnie ta bliskość, ta niemal dotykalna obietnica sprawiała, że wolałem trwać w bezruchu niż rzucić się na nią jak wygłodniały pies.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...