12. Nie potrafię przestać
Tak. Jeśli ma to doprowadzić do czegoś lepszego. Jeśli mam ją wybawić od niej samej. Tak mi się wydaje. Zresztą nie wiem. Nie mam pojęcia. Idę na żywioł. Jak się okazuje, wersja życia B toczy się swoim rytmem i nie nad wszystkim mam jednak kontrolę.
– No i dlaczego tak się ubrałeś? – pyta nagle, unosząc brew. – Wyglądasz jak… – zawiesza głos, szuka słowa, kręci głową z lekkim uśmiechem – wyglądasz jak anioł, jak ktoś nie z tego świata.
Bingo. Brawo, brawo, brawo. Ryba chwyciła haczyk. Mocno. Widzę to w jej oczach – zaskoczenie pomieszane z czymś ciepłym, figlarnym. Uśmiecham się tajemniczo, dokładnie tak, jak sobie to zaplanowałem. Mam kwestię do odegrania i nie mogę jej spieprzyć. Inaczej cała ta szalona podróż weźmie w łeb.
– Bo jestem aniołem – mówię spokojnie, patrząc jej prosto w oczy.
O mało nie krztusi się ziemniakiem. Zakrywa usta dłonią, oczy robią się okrągłe.
– Co?! – wykrztusza. – Przepraszam, nie chciałam… Nie o to chodziło. Nie chciałam cię urazić. A tak na poważnie, w którym pokoju mieszkasz?
W głowie słyszę niewypowiedziane dokończenie: z którego wariatkowa uciekłeś? Znów czuję się jak gówniarz, który próbuje zaimponować najładniejszej dziewczynie w klasie i właśnie palnął coś idiotycznego. Uśmiech nie schodzi jej z ust. Jest w nim rozbawienie, ale też ostrożność. Ryzyko, że weźmie mnie za kiepskiego błazna, jest realne. Muszę pracować dalej. Nie mogę odpuścić. Pierwszy gwóźdź wbity – teraz trzeba budować.
– Jestem aniołem – powtarzam jeszcze raz, wolniej, ciszej, z taką pewnością siebie, że sam czuję dreszcze na karku. – Twoim aniołem stróżem. Jestem twoim aniołem stróżem.
Mówię to tak spokojnie, że aż drżę w środku. Patrzę na nią. Boże, przecież tak jest naprawdę. Jej ręka zatrzymuje się w połowie drogi do ust. Widelec wisi w powietrzu. Uśmiech znika. W oczach pojawia się coś zupełnie innego – nie strach, nie kpina, tylko nagła, głęboka powaga.
– Proszę, nie rób ze mnie idiotki – mówi cicho. – Nie jestem z tych, no wiesz…
Nie bardzo wiem, o co dokładnie chodzi, ale rozumiem, że trzeba trochę odpuścić. Nic na siłę. Normalny człowiek o zdrowych zmysłach nie wierzy w anioły spacerujące po stołówce w białym garniturze. Z drugiej strony wiem, że ona wierzy. W głębi duszy wierzy. Tylko nie chce się do tego przyznać. Jeszcze nie.
– W porządku – mówię łagodnie, unosząc dłonie w geście poddania. – Przepraszam, nie zamierzam robić z ciebie idiotki. No i oczywiście nie musisz mi wierzyć. W każdym bądź razie chcę, żebyś wiedziała, że jestem tu, aby ci pomóc.
Odkłada widelec powoli, jakby nagle zapomniała, po co go trzyma. Metal cicho stuka o talerz. Patrzy na mnie tak uważnie, że czuję się, jakbym stał nago pod reflektorem.
– W czym chcesz mi pomóc? – pyta cicho, głosem, w którym pobrzmiewa już nie tylko ciekawość, ale i lekki niepokój. – Czy coś ze mną jest nie w porządku?
– Spokojnie – odpowiadam łagodnie, unosząc dłonie w uspokajającym geście. – Wszystko jest w porządku.
– Nie kłam – szepcze, a w jej oczach miga coś kruchego. – Czy to aż tak widać?
Uśmiecham się tajemniczo, choć w środku cały drżę. Ja wiem o niej prawie wszystko. Wiem, jak płacze, kiedy myśli, że nikt nie słyszy. Wiem, jak zaciska powieki, kiedy orgazm zbliża się falami. Wiem, które sny powtarzają się u niej co kilka miesięcy i budzą ją zlana potem. A ona o mnie nic. Absolutnie nic poza tym, że siedzi tu facet w białym garniturze i mówi zagadkami. To nie jest uczciwe. Wiem o tym. Ale nie potrafię przestać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz