Szukaj na tym blogu

13 lipca 2026

Anioł w białym garniturze

        7. Możesz zmienić bieg wydarzeń


        Czas się zatrzymał. Naprawdę. Albo tylko tak mi się wydaje, bo stoję z tym kubkiem i boję się podnieść wzrok. Wiem, że ona tu jest. Siedzi przy stoliku pod oknem i patrzy na mnie. Wiem to z pamięci, która jest jednocześnie przeszłością i teraźniejszością. Jestem w dwóch czasach naraz – starym, zniszczonym facetem po pięćdziesiątce, który wciąż kocha tę samą kobietę, i młodym ciałem, które drży z podniecenia i strachu.
        Zerkam ukradkiem.
        Boże… jaka ona jest młoda.
        Grzesznie młoda. Skóra gładka jak u nastolatki, choć ma już dwadzieścia parę.
        Policzki jeszcze dziecięco pełne, usta miękkie, niepokalane żadnymi zmarszczkami.
        Włosy związane tym samym luźnym kucykiem, który kiedyś rozplatałem palcami w ciemnościach piwnicy. Dlaczego wtedy tego nie czułem tak mocno? Dlaczego nie widziałem, że ta dziewczyna jest jak świeżo zerwany owoc – soczysty, słodki, niebezpieczny dla kogoś, kto już wie, jak smakuje gorycz po jego utracie?
        Moja Ela. Moja i nie moja jednocześnie.
        W tym momencie wywiera na mnie wrażenie tak silne, że aż boli. Mentalnie mam już ponad pięćdziesiąt lat. Noszę w sobie wszystkie porażki, wszystkie noce, kiedy budziłem się z jej imieniem na ustach, wszystkie listy, których nigdy nie wysłałem. Fizycznie jestem tym samym chudym chłopakiem co ona, ale doświadczeń nie da się wymazać. Siedzą we mnie jak dodatkowe kości.
        Jezu, jaka ona jest piękna.
        Dlaczego odbieram te wszystkie bodźce tak intensywnie? Dlaczego każdy szczegół jej twarzy – ten drobny pryszczyk na brodzie, który za chwilę sama sobie wydusi, te rzęsy rzucające cień na policzki, ten sposób, w jaki przygryza wargę – sprawia, że czuję się jak człowiek, który po trzydziestu latach głodu nagle dostał pierwszy kęs?
        Uczucie pojawiło się dużo później. Kiedy już jej nie było, zrozumiałem, że ją kocham.
        Bardzo kocham.
        Chwila, chwila… nie tak to miało wyglądać.
        Miałem wejść jak zdobywca, rzucić jedno spojrzenie, jedno zdanie i patrzeć, jak pada mi do stóp. A tu co? Kolana jak z waty, gardło suche, w brzuchu stado motyli, które zamiast fruwać, walą skrzydłami o ściany żołądka. Strach? Wstyd? Skrępowanie? Nie, kurwa, nie tak. To ja tu jestem panem sytuacji. To ja znam zakończenie tej historii. To ja mam w kieszeni wszystkie karty, nawet te, których ona jeszcze nie widziała. Kacper, do cholery, weź się w garść. Chłopie do boju.
        Unoszę głowę. Robię krok. Potem drugi. Nogi drżą, ale idę. Serce wali tak mocno, że czuję je w zębach. To naprawdę ona. Ta sama Ela. Ta sama linia żuchwy, ten sam sposób, w jaki opada jej kosmyk włosów na czoło, kiedy pochyla głowę. Niemożliwe, a jednak prawdziwe. Motyle w brzuchu zamieniają się w coś cięższego, gorętszego – mieszankę euforii, paniki i tego starego, znajomego bólu w klatce, który zawsze pojawiał się, kiedy o niej myślałem.
        Opanuj się, idioto. Jeszcze jedno drżenie głosu i wszystko runie, zanim w ogóle się zacznie.
        Liczę w myślach do dziesięciu. Bardzo wolno. Przy „osiem” oddech się uspokaja. Przy „dziesięć” już wiem, że dam radę. Podchodzę do stolika. Nie jest tak strasznie, jak sobie wyobrażałem. Może jednak nie umrę. Może nawet przeżyję tę rozmowę. A uczucie, że mam nad nią władzę – władzę, której ona nie rozumie – jest jak narkotyk. Spotykasz kogoś, kogo kochałeś tak mocno, że bolało do kości, i nagle widzisz, że możesz zmienić bieg wydarzeń. To rozwala człowieka od środka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...