Szukaj na tym blogu

23 lipca 2026

Rajstopy w łazience

        2. Weszła jak gdyby nigdy nic


    Wydaje mi się, że obydwoje tego chcieliśmy. Już od tygodni, może nawet miesięcy, między nami narastało coś, co przypominało napięcie przed burzą – ciche trzaski elektryczności statycznej, gdy mijaliśmy się w korytarzu, przypadkowe muśnięcie ramienia przy lodówce, spojrzenia, które trwały o ułamek sekundy za długo. Coś iskrzyło w powietrzu tak wyraźnie, że czułem to na skórze jak niewidzialne włoski unoszone ładunkiem. Oboje wiedzieliśmy – bez słów, bez wyznań – że prędzej czy później musi dojść do zwarcia. Do gwałtownego, oślepiającego wyładowania, po którym nic już nie będzie takie samo.
        Mimo wszystko to stało się tak nagle, że przyznam się szczerze, iż zaskoczyła mnie. Właśnie dźwignąłem się z sedesu, jedną ręką sięgając do spłuczki, drugą mimowolnie poprawiając trzon, który – uparty i nabrzmiały – nie chciał opaść nawet na moment. Wyobraźcie sobie sytuację: spodnie i slipy zrolowane na kostkach jak kajdanki, koszulka podwinięta niedbale tuż pod mostek, a centralnie, bezczelnie wyeksponowana, wielka, purpurowo-czerwona erekcja, opleciona siecią grubych, fioletowych żył, które pulsowały w rytm przyspieszonego tętna. Głownica napęczniała, błyszcząca, w kształcie klasycznego grzyba bojowego – ciężka, gładka, gotowa pęknąć od samego dotyku. Niżej dwa pełne, napięte jądra, wiszące nisko, jakby same prosiły się o uwolnienie. 
        Oczywiście, jak zawsze w takich chwilach, nie potrafiłem zostawić tego w spokoju. Dłoń odruchowo zsunęła się w dół, palce oplotły ciepły trzon, kilka leniwych, powolnych ruchów w górę i w dół – skóra przesuwała się miękko, odsłaniając wilgotną, lśniącą żołądź, a wzdłuż kręgosłupa rozlewało się to znajome, rozkoszne mrowienie, które obiecuje zaraz wszystko i niczego nie daje. Mogłem pójść dalej. Mogłem zacisnąć mocniej, przyspieszyć, pozwolić, żeby fala narastała aż do nieuchronnej, huczącej eksplozji, która zabieliłaby nieskazitelną biel sedesu i umywalki. Nie pozwoliłem sobie jednak na taki luksus. Właśnie to przeczucie – gorące, niemal prorocze – że tego popołudnia czeka na mnie coś znacznie, znacznie lepszego niż samotna rozkosz własnej pięści, sprawiło, że poddałem się torturze oczekiwania.
        Doznałem szoku tak gwałtnego, że przez ułamek sekundy świat zwęził się do rozmiaru framugi drzwi i jej sylwetki w progu. Weszła i – jak gdyby nigdy nic, jak gdyby wchodziła tu codziennie o tej porze, by pożyczyć szczoteczkę do zębów – przechyliła lekko głowę na bok. Spojrzała prosto na mnie tymi wielkimi, niemal czarnymi oczami, w których odbijało się popołudniowe światło wpadające przez matową szybę. Usta wygięła w uśmiech subtelny, ledwie widoczny, a jednak tak wymowny, że poczułem, jakby ktoś przeciągnął mi piórem po samym czubku członka. To nie był uśmiech skrępowania. To nie był uśmiech zaskoczenia. To był uśmiech kogoś, kto właśnie wygrał pierwszą rundę i wie o tym doskonale.
        W jednej chwili role się odwróciły. To ja – ten, który niby zastawił pułapkę – nagle zapragnąłem zniknąć. Zapadnąć się pod kafelki, stopić z białą porcelaną sedesu, zasłonić dłońmi to, co i tak już dawno zostało obnażone. A jednak nie zrobiłem absolutnie nic. Stałem sparaliżowany, z otwartymi ustami, z sercem walącym tak mocno, że czułem je w gardle, w skroniach, nawet w opuszkach palców. Patrzyłem na nią, a ona patrzyła na mnie – i w tym milczącym starciu spojrzeń czas przestał płynąć normalnie. Każda sekunda rozciągała się w wieczność nasyconą zapachem jej skóry, wilgotnego powietrza i mojego własnego podniecenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...