8. Coraz śmielej
Kiedy zorientowała się, że scena zaczyna się przeciągać, że ja wciąż stoję jak wryty, wciąż bierny, wciąż pozwalam jej grać pierwsze skrzypce – w jej oczach błysnęło coś nowego. Gwałtownym, niemal złościwym ruchem odsunęła się od umywalki. Odwróciła się przodem. Czarne jak smoła tęczówki patrzyły prosto we mnie – nie pytająco już, lecz oskarżycielsko, z rosnącym zniecierpliwieniem, które sprawiało, że jej źrenice wydawały się jeszcze większe, jeszcze głębsze. W tym spojrzeniu było wszystko naraz: „dlaczego zwlekasz?”, „czy naprawdę jesteś aż tak słaby?”, „ile jeszcze dasz radę wytrzymać, zanim pękniesz i weźmiesz mnie tak, jak oboje tego chcemy?”.
I wtedy stało się coś jeszcze ważniejszego – coś, co przeoczyłem w ferworze wcześniejszych sekund.
Nie wiem, w którym dokładnie momencie suwak zsunął się w dół – czy zrobiła to dyskretnie, kiedy patrzyłem na jej biodra, czy może sama rozpięła kurtkę jednym leniwym ruchem palców. W każdym razie czarna, lakierowana skórka rozchyliła się niemal do samego dołu, odsłaniając wąski pas nagiego brzucha i krwistoczerwony koronkowy biustonosz push-up, który podtrzymywał jej piersi w taki sposób, że wyglądały jak dwa dojrzałe, nabrzmiałe owoce gotowe spaść z gałęzi. Koronka była tak cienka, że prześwitywały przez nią ciemne aureole i sterczące, twarde sutki – ciemnoróżowe, nabrzmiałe, niemal bolące od samego napięcia.
Nie miała pod spodem nic więcej.
Żadnej bluzki, żadnego topu, żadnego dodatkowego materiału, który mógłby złagodzić ten widok.
Tylko skóra, koronka i skóra.
Jej oczy – teraz już nie pytające, lecz triumfujące – zdawały się mówić wprost, bez żadnego filtru:
„No i co, cwaniaku?
Teraz też jesteś taki mocny?
Popatrz na moje cycki.
Popatrz dobrze.
Zobaczymy, ile naprawdę wytrzymasz.”
Zobaczyłem.
I wytrzymałem – choć każdy oddech kosztował mnie więcej, niż chciałem przyznać.
Aldona nie była po prostu ładna – ona była jedną z tych dziewczyn, które wchodzą do pomieszczenia i nagle powietrze robi się gęstsze, cieplejsze, jakby ktoś niepostrzeżenie podkręcił termostat pożądania. Jej ciało łączyło w sobie sprzeczności, które działały jak magnes: młodzieńcza azjatycka delikatność rysów, prawie porcelanowa skóra i ta hawajska, lekko złocista poświata, która sprawiała, że wyglądała, jakby właśnie wyszła spod tropikalnego słońca prosto do czyjegoś snu. Piersi – duże, ciężkie, ale jednocześnie zdumiewająco kształtne – unosiły się przy każdym oddechu w sposób, który wydawał się prowokacją samą w sobie. A jednak cała reszta była napięta, sprężysta, niemal ascetyczna: wąska talia, płaski brzuch, biodra, które nie krzyczały, tylko szeptały, długie, gibkie nogi i ta niesamowita elastyczność, dzięki której mogła wyginać się w łukach, o jakich większość ludzi czyta tylko w powieściach.
Jej twarz to była osobna historia. Duże, głębokie oczy o barwie czarnego aksamitu, w których tonęło się bez ratunku. Grube, mocno zarysowane brwi, które nadawały spojrzeniu charakter niemal drapieżny. Rzęsy tak gęste i długie, że rzucały cień na policzki. Usta pełne, lekko wilgotne, jakby przed chwilą przegryzła dolną wargę. Kiedy się uśmiechała – a robiła to powoli, świadomie – wyglądało to jak obietnica grzechu wypowiedziana bez słów.
Patrzyłem na nią i czułem się jak idiota, który próbuje udawać, że nie widzi pożaru. Nawet kiedy odwracałem wzrok, jej obraz zostawał pod powiekami: linia szyi, delikatny puls na skroni, sposób, w jaki materiał cienkiej bluzki napinał się na sutkach, kiedy brała głębszy oddech. To nie była już uroda. To była broń.
A ona coraz śmielej używała tej broni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz