Szukaj na tym blogu

22 lipca 2026

Rajstopy w łazience

        1. Na sedesie z rozchylonymi kolanami


        Kiedy Aldona przekroczyła próg łazienki, poczułem, jak powietrze w jednej chwili gęstnieje i staje się lepkie od niewypowiedzianej obietnicy. Wiedziałem – nie przeczuwałem, nie domyślałem się, tylko wiedziałem z absolutną pewnością zwierzęcego instynktu – że to nie będzie krótka, niezręczna wpadka i szybkie przeprosiny. To będzie burza. Prawdziwa długo zbierająca się, elektryzująca nawałnica, która musi się wyładować w pełni, gwałtownie, bez pardonu. Nie mogło skończyć się inaczej niż ostrym, mokrym, namiętnym seksem, w którym nasze ciała wreszcie przestaną udawać, że potrafią żyć obok siebie w pokoju. Aldona była zbyt piękna – ta jej drapieżna delikatność, te oczy jak smoła rozlana na gorącym asfalcie, te usta, które wyglądały, jakby cały czas trzymały w sobie czyjąś tajemnicę – a ja byłem zbyt długo głodzony, zbyt naprężony, zbyt bliski pęknięcia. To był taki czas. Gorące, bezwzględne lato, które parzyło nawet przez zamknięte powieki.
        Całe dni spędzałem na basenie albo na gliniankach – na tej wąskiej, dzikiej plaży ukrytej między szeleszczącymi ścianami trzcin, gdzie słońce prażyło bezlitośnie, a nagie ciała lśniły od olejku i potu. Patrzyłem na nie bez skrępowania, bo tam nikt nie udawał, że nie patrzy. Wielkie, sterczące piersi kołyszące się w rytm oddechu, sutki ciemniejące pod palącym spojrzeniem ultrafioletu, gładko ogolone łona rozchylające się lekko, kiedy dziewczyny zmieniały pozycję na kocu, odsłaniając wilgotny róż między udami. Każdego popołudnia wracałem do domu z fujarą twardą jak drewniana pałka, z jądrami ciężkimi i obolałymi od ciągłego napięcia. Ciało samo domagało się ulgi, a ja – uparty, masochistyczny – nie dawałem jej sobie. Czekałem. Nie wiedziałem jeszcze wtedy na co, ale czekałem.
        A tego lata okoliczności ułożyły się w sposób niemal obscenicznie wygodny. Rodzice Aldony spakowali walizki i wyjechali na dwa tygodnie do Bułgarii – wspólne wczasy, szampan o zachodzie słońca, hotelowe łóżka i zero dzieci pod nogami. Ona została, bo miała „przygotowywać się do studiów” – tak brzmiała oficjalna wersja. Ja, jako starszy kuzyn, zostałem wyznaczony na opiekuna: karmić kota, podlewać monstery, pilnować, żeby Aldona nie spaliła domu i nie utopiła się we własnej kąpieli. Z pozoru byłem wzorem odpowiedzialności – grzeczny, uczynny, zawsze z uśmiechem gotowym do pomocy. W środku jednak kipiała mi krew tak gorąca, że czułem ją w żyłach jak płynny metal. Szczególnie wtedy, gdy patrzyłem na ich urodziwą córeczkę.
        Siedziałem na sedesie z rozchylonymi kolanami, nie przekręciłem zamka. Do dziś nie potrafię powiedzieć, czy to była czysta nieuwaga, lenistwo, czy może jednak cichy, podprogowy sabotaż własnej ostrożności. Cholera wie. Prawdopodobnie sam, nie przyznając się do tego nawet przed sobą, ułożyłem tę scenę z premedytacją godną kiepskiego reżysera amatora. Wiedziałem przecież, że ona jest w domu – jej obecność wypełniała przestrzeń jak wilgotny, ciepły zapach perfum zmieszany z letnim potem. Słyszałem każdy krok: lekkie plaśnięcie bosych stóp o terakotę w kuchni, miękki szelest podłogi w salonie, a potem cichsze, odległe stuknięcie, gdy wyszła na taras i oparła się o balustradę. Każde z tych dźwięków rysowało jej trajektorię w mojej głowie jak mapa pola minowego. I właśnie dlatego – albo przede wszystkim dlatego – palce ominęły chromowane pokrętło. No cóż. Trzeba przyznać, że jest w tym coś żenująco naiwnego: siedzieć z obnażonym kutasem i liczyć na to, że piękna dziewczyna sama wejdzie w sidła, które zastawiłeś na siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          5. Randka           Uśmiechnęła się niepewnie, odwracając wzrok na chwilę, jakby moje słowa ją zaskoczyły.           – Ja… ja w to...