Szukaj na tym blogu

15 lipca 2026

Anioł w białym garniturze

        9. Ubrana jest skromnie


        Unosi wyżej głowę. W jej błękitnych oczach migocze zainteresowanie – nie zachwyt, nie olśnienie, tylko spokojna, kobieca ciekawość. To już coś. Nie ma w nich obrzydzenia, niechęci, nie ma odruchu odsunięcia się. Nie ucieka wzrokiem, nie chowa się za talerzem. Po prostu patrzy. Czeka. I to wystarczy, żeby ruszyć dalej.
        Elu, dziś cię zdobędę.
        A może i nie.
        Boże, nie mam pojęcia.
        – Dzień dobry, Elu. Mogę się przysiąść? – mówię, teatralnie rozglądając się po sali, w której raptem połowa stolików stoi pusta. – Większość miejsc zajęta, jak widzisz.
Z widelcem zatrzymanym w połowie drogi do ust kiwa głową, krótko, prawie niedbale, i wskazuje brodą wolne krzesło naprzeciwko. Dopiero kiedy siadam, kiedy rozstawiam talerz, kubek z kompotem i widelec, unosi wzrok i patrzy na mnie dłużej.
        – Chyba wygrałam dziś na loterii – mruczy, jakby bardziej do siebie niż do mnie.
        Zanim zdążę zapytać, o co chodzi, ona już ciągnie:
        – Czy my się znamy? Jakoś cię nie kojarzę.
        Czuję, jak powietrze ucieka mi z płuc. Ten głos. Dokładnie ten sam. Dziecięcy, trochę piskliwy, trochę kreskówkowy, rozbrajający i absolutnie niepowtarzalny. Głos, który przez lata budził mnie w środku nocy – najpierw z tęsknoty, potem z żalu, wreszcie z rezygnacji. To jest moja Ela. Bez dwóch zdań.
    No jasne, że mnie nie kojarzy. W tamtym życiu byłem cieniem. Szarym, cichym chłopakiem, który nigdy nie rzucał się w oczy. Taką miałem strategię – nie rzucać się w oczy. Świetnie sprawdza się, kiedy wokół sami wrogowie. Fatalnie, kiedy chcesz, żeby jakaś dziewczyna cię zauważyła.
        Teraz to się zmieni.
        Zamierzam wykorzystać wszystko, co mam. Całe trzydzieści lat więcej życia, wszystkie lekcje, wszystkie zranienia, wszystkie noce, kiedy uczyłem się, jak kochać naprawdę, a nie tylko brać. Nie chodzi mi już o to, żeby ją przelecieć. To miałem. Miałem jej nagie ciało pod sobą, jej uda zaciśnięte na moich biodrach, jej ciche, zduszone westchnienia, kiedy dochodziła, zaciskając paznokcie na moich plecach. Miałem jej smak na języku i zapach jej podniecenia na palcach. I co mi to dało? Nic poza krótkim płomieniem i długim popiołem.
        Teraz chcę czegoś innego.
        Chcę, żeby się we mnie zakochała.
        Chcę wzajemności, której nigdy nie dostałem. Chcę spojrzeń, w których będę widział odbicie samego siebie – nie jako faceta do łóżka, ale jako mężczyznę, przy którym chce zostać. Chcę uczciwie na to zapracować. Chociaż… kto wie, co w tej sytuacji w ogóle znaczy „uczciwie”? Mam w głowie scenariusz jej całego życia, znam jej lęki, jej słabości, jej marzenia, zanim sama je sobie uświadomi. Czy to oszustwo? Może. Ale z drugiej strony – czy miłość w ogóle bywa czysta?
        W teorii wszystko brzmi prosto.
        W praktyce… w praktyce zaraz się okaże, czy potrafię być kimś więcej niż cieniem, którym kiedyś byłem.
        Pracujemy dalej.
        Ubrana jest skromnie, wręcz ascetycznie, ale cholera, i tak wygląda jak cud. Lato dziewięćdziesiątego pierwszego, początek wielkiego przewrotu – jeszcze nikt nie wie, że za chwilę wszystko runie, że praca zacznie się kurczyć jak skóra na słońcu, że ceny będą rosły szybciej niż ktokolwiek zdoła nadążyć z wypłatą. W takich zakładach jak nasz płace zawsze były marne, a teraz miały spaść jeszcze niżej. Ludzie nosili więc to, co mieli – stare ciuchy, cerowane skarpetki, dżinsy z drugiej ręki. Ela nie była wyjątkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...